Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulubione wiersze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulubione wiersze. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 listopada 2013

,,Ciemno, prawie noc" Joanny Bator czyli Nike 2013

,,Kotojady” symbolizujące zło, przemoc, sadyzm to słowo - klucz do tej powieści.  Kotojady wchodzą do ciał chłopca i dziewczynki zgwałconych przez sowieckich żołnierzy. Chłopcu - późniejszemu panu Albertowi - udaje się zneutralizować ich destrukcyjny wpływ, choć całe życie spędzi wśród roślin, z dala od ludzi, sam.  Dziewczynka podejmie próbę powrotu do gromady, założy rodzinę, urodzi dwie córeczki, Ewę i Alicję,  jednak kotojady zagnieździły się w niej na dobre: będzie brutalnie molestowała dziewczynki. Trafi do szpitala psychiatrycznego i tam zostanie do starości. Starszej córeczce  nie uda się obronić przed kotojadami, młodszej Alicji - tak.
Motyw molestowania seksualnego w tej wersji był dla mnie szokiem. Skwituję to słowami wspomnianego pana Alberta, wieloletniego przyjaciela tragicznej rodziny: ,,nigdy mi to nie przyszło do głowy”. Może powinno? Może trzeba znać wszelkie odmiany i odcienie Mroku? Wszystkie formy i techniki znęcania się nad bezbronnymi?  Może czytałam za mało horrorów, za mało kryminałów i filmów z przemocą? Może niepotrzebnie ponad 10 lat temu wyrzuciłam telewizor, bo wylewało się z niego tyle brudu, że nawet zmiana kanału wydawała mi się nie dość skuteczna? Może gdybym...  to byłabym odporniejsza? Bardziej świadoma? Przygotowana na spotkanie z kotojadami?
Może wybudowałam sobie wysoką wieżę z papieru, na straży postawiłam Cortazara w lśniącej zbroi średniowiecznego rycerza i Emily Dickinson w ogromnej czarnej krynolinie, z włosami uczesanymi w staroświecki kok. Wybudowałam wieżę, z której nie widać prawdziwego życia? Otoczyłam fosą? Mam parasol, który chroni mnie przed nocą? Może.
W końcu wypadłam ze swojej wieży. Zrobiło się ,,ciemno, prawie noc”. Wieżo z kości słoniowej, stolico mądrości...Najświętsza panienko…! Wpadłam w trakcie czytania do podziemnego korytarza, w którym pedofile kręcą filmy pornograficzne z udziałem porwanych dzieci i zwierząt. Musiałam przerwać czytanie na tydzień. Wznowiłam, żeby się doszukać światła w tych ciemnościach, które przysłoniły mi  literacki kunszt, z jakim powieść została napisana. Jest w niej żonglerka słowem i konwencjami. Jest horror, satyra polityczna, kompozycja szkatułkowa, szczypta dziewiętnastowiecznej powieści epistolarnej, dramatu psychologicznego i klasycznej obyczajówki. Zastanawiam się od kilku dni, myślę i myślę: jak daleko może się posunąć literatura beletrystyczna dla zwiększenia siły rażenia? Okazuje się, że bardzo daleko. Zło w świecie tej powieści atakuje na wiele sposobów, jest przebiegłe i ma wielu reprezentantów. Zło jest w ciągłym natarciu. Dobro z natury jest bardziej pasywne, cichsze, bledsze, mniej rzucające się w oczy, nie lubiące rozgłosu, chociaż rozpisane na wiele głosów i podejmujące nierówną walkę ze Złem:
-pan Albert
--jego przybrani rodzice
-księżna Daisy
-Babcyjka
-Kokota
-Malwa Makota i inne kociary...

Wymieniam ich imiona i czuję, jak Dobro rośnie. Każda z tych postaci to kolejny stopień na schodach do mojej ukochanej wieży. Wieżo z kości...stolico mądrości…

-Alicja i Marcin
-Celestyna i Adam są nośnikami aktywnego pierwiastka dobra. Potrafią działać, są odważni.
Wieżo z kości...najświętsza panienko…stolico mądrości…

I ostatni stopień: mała dziewczynka na tylnym siedzeniu samochodu, córeczka Alicji. Ufff...I jestem u siebie. Co za ulga. Moja papierowa wieża ocalała, tylko łóżko i szafa przesunęły się pod przeciwległą ścianę pod wpływem wstrząsów tektonicznych. Zatrzaskuję klapę w podłodze, napieram całym ciałem na szafę i stawiam ją na włazie. Z kąta wychodzi kobieta w sukni z ogromną krynoliną i mówi:

Nie trzeba być Komnatą - aby w nas straszyło -
Lub nawiedzonym Domem -
Nie ma Wnętrz straszniejszych niż Mózgu
Korytarze kryjome -


Ileż bezpieczniej - o Północy
Ujrzeć Upiora przed sobą -
Niż spojrzeć w twarz własnym - wewnętrznym -
Pustkom i Chłodom.


Prościej gnać przez widmowe Opactwo,
Gdy hurgot Głazów nas goni -
Niż stanąć z sobą do walki -
Bez Broni -


Własne Ja - gdy się zaczai
Za Samym Sobą -
Przerazi bardziej niż Morderca
W pokoju obok.


Ciało - wyciąga Rewolwer -
Drzwi ryglują trzęsące się ręce -
Przeoczając potężniejsze widmo -
Lub nawet Więcej -

Garść cytatów dla wytrwałych, którzy dotarli do końca tej mojej chaotycznej pisaniny:

sobota, 29 grudnia 2012

Wisława Szymborska

Prawie rok po śmierci zmarłej 1 lutego 2012 roku poetki Michał Rusinek, jej wieloletni sekretarz, a dziś prezes Fundacji imienia Szymborskiej, przekazał GW odnaleziony w jej mieszkaniu i nigdy niepublikowany wiersz. ( Gazeta Wyborcza, sobota-niedziela 29-30 grudnia 2012, Dotkliwa nieobecność, s. 17)






Czy to pan wzywał mnie, panie referencie?
Tak koleżanko. Przyszła i na panią kolej.
Musi się pani urodzić. Jak wszyscy. Jak każdy.
Wiem, że wolicie nie być, znam was dobrze,
witacie życie krzykiem - niech pani nie przeczy,
zrobi pani to samo całym gardłem,
jakie jej będzie dane.
A przecież gwarantuję nieodrodną śmierć,
w czym nie zawiodłem, jak dotąd, nikogo.
Niech sobie pani idzie już.
Dowód nietożsamości pozostaje u mnie.
Nic nie trzeba brać z sobą, zresztą - między nami -
cokolwiek jest, jest tylko tam.
I to nie tylko jest, ale jest w obfitości!
Świat będzie pani miała nawet za plecami!
Wystarczy go! Na wszelkie ukryte szczegóły!
Widoki przeoczone! Przesłyszane głosy!
Na rozrzutny ciąg dalszy! Pozory! I na mnie!
Bo i ja jestem stamtąd koleżanko.
Przybywam i ubywam, zjawiam się i znikam
w słowach, które powstają tylko tam.
Przyznaję, że to lżejszy byt
od czekających panią przygód z krwi i kości,
na ogół jednak wszyscy wciągacie się jakoś,
piszecie nawet wiersze pod trzema gwiazdkami,
chociaż kusa to liczba jak na taki świat.
Niech sobie pani idzie już.
Tylko na miejscu można znaleźć miejsce.
Podczas ziemi. Podczas wody. Podczas słońca chwilowego,
które rozpoznawczo błyska
na trawie aż do przesady prawdziwej.
I zwykłej - jak mówią usta.  



Wisława Szymborska, czerwiec 1964


Do mnie wiersz trafił dopiero przy drugim czytaniu, co dość nietypowe, bo zwykle poezję Szymborskiej łykam w całości i delektuję się smakiem przy pierwszym podejściu. Jestem wielbicielką jej poezji między innymi z racji tej klarowności, krystalicznej czystości i precyzji myślowego przekazu, której jakże często brakuje nam maluczkim, zmagającym się z materią języka.


sobota, 29 września 2012

Zawsze pozostaje urojona podróż po obłokach







Basia i Krzysztof



Krzysztof Kamil Baczyński i Barbara Drapczyńska poznali się 1 grudnia  1941 w zajmowanej przez faszystów Warszawie. Już po sześciu miesiącach byli małżenstwem. ,,Niebo złote ci otworze" – szeptał żarliwie znad kartki papieru, wodząc za nią rozkochanym wzrokiem, gdy się krzątała po ich dwupokojowym mieszkaniu, usiłując okupacyjnym zwyczajem zaparzyć herbatę drugi raz z tych samych fusów. W trakcie ich związku za oknem eksplodowały bomby, a z niego eksplodowała poezja. W tym okresie szybko dojrzał artystycznie i napisał wszystko co najlepsze. Po podjęciu decyzji o przyłączeniu się do bojowego oddziału ,,Zośka" zamienił pióro na karabin. Jeśli  pisał, to były to głównie wiersze o tematyce żołnierskiej, wiersze – odezwy lub teksty piosenek dla chłopców z oddziału. Tak jakby zakazał sobie czystych wzruszeń w czasach, gdy po ulicach miasta grasowała śmierć. Tak jakby pisanie poezji dla kobiety było zdradą wobec Ojczyzny.
Kres wszystkiemu położyła zazdrosna o ludzkie szczęście Historia. Ich oddziały podczas powstania warszawskiego walczyły w różnych częściach miasta. Umierali osobno, a każde z nich miało nadzieję, że przeżyje przynajmniej to drugie. On miał nadzieję tym większą, że Basia nosiła już pod sercem dziecko. Niestety... Zabił ją dłamek szkła wbity w głowę podczas bombardowania, zaś jego trafiła kula strzelca wyborowego. Przeżyła tylko jego mama, Stefania Baczyńska, która świadoma nieprzeciętnego talentu syna pieczołowicie zebrała i zachowała jego twóeczość do czasów pokoju.

Widzę ich obydwoje. Idą uśmiechnięci przez moją głowę, trzymając się za ręce. Ona w białej sukni z welonem, a on w garniturze odprasowanym przez mamę. Za nimi sunie weselny korowód, a w nim różowe lwy, białe łanie, wielbłądy w garbach kołyszące tajemnicę i szklane ptaki. Jest też stado wróbli widzianych przez niego za szpitalnym oknem po ataku astmy, a nawet osiołek z Dalmacji, na którego szyi ,,telenta się dzwonek". Cała ta fantastyczna fauna, którą wyczarował na przekór grozie wojny i którą przepędził ze swoich wierszy, gdy trzeba było walczyć i zabijać. Teraz wszystkie zwierzęta znów mogą być z nimi.
Chciałabym, żebyście i wy poczuli smak tamtej herbaty i zobaczyli szmaragdową trawę, która teraz szeleści pod ich nogami...



Poemat ,,Wesele poety" - fragmenty

Basi


Śpiew I

Co się zdarzy przy drodze - nie wraca,
i to, co w wieczność odchodzi - ginie.
Nie płacz, nie płacz, zawsze pozostaje
urojona podróż po obłokach.
Nie płacz, zawsze jeszcze zostanie
tabun drzew niby masztów ze złota,
jeszcze pragnień w powietrzu śpiewanie,
jeszcze w trawach wędrówka zostanie
albo grób - z niego jodłą wyfruniesz.


Dom poety

I

Tam jest zawsze jesień,
pod krużgankiem drzew
zbiera złote jabłka
różowawy lew.
Tam jest zawsze zima,
w chmur lodowy łuk
modry łoś unosi
gałąź białych snów.
Tam jest zawsze wiosna,
na dymiącą ruń
ptak zielony zrzuca
skrzydła rudych łun.
Tam jest zawsze lato,
od zmarszczonych rzek
żółty niedźwiedź zwraca
ryty w miodzie łeb.

IV

Dom jest jasny, zbudowany z blasku,
jak powietrza bańka, która w więcierz
księżycowym rybakom uwięzła
i ma ściany jakby z roślin i światła
i z jeziora pułap czy zwierciadła,
które gwiazdy odbijając wróży
do muzyki podobne i róży.

Uczta

Wej! upili się, a setnie upili,
dziw, że gwiazd na szklanych kręgach nie pobili.
W jednym dzbanie był zielonobiały
mus lodowców, które już dojrzały,
w drugim dzbanie glinianym podali
sok różowy z krwi i korali,
w trzecim noc na poły z mlekiem zmieszaną.
Wej! upili się, a wstali aż rano.


18.01.1942

 

czwartek, 27 września 2012

Ballada ,,Łowy" - Krzysztof Kamil Baczyński

 
 
Pomyślałam, że zacznę gromadzić na Ptasiej piosence różne skarby w postaci ulubionych wierszy, fragmentów książek, artykułów, obrazów, filmów i muzyki. Moich tekstów jest tutaj już sporo, zatem teraz częściej będę oddawać głos innym.
Na tym zdjęciu Krzyś wygląda wyjątkowo. Ma takie zamyślone oczy... To mędrzec, któremu ktoś przez pomyłkę kazał być dzieckiem.

 
 
 
Kilkuletni Krzyś




I
Już się świt wyroił
kolorem jagody.
strzelec konie poił
u zielonej wody.

*
Trąbka srebrna, z trąbki potok.
Uszedł strzelec w sosen rzekę,
oniósł łuk z cięciwą złotą
a łowy dalekie,
Na łowy.
Jeszcze za nim chustką wiała,
jeszcze włosów promień dała,
niby nić na dziwną drogę,
niby przypomnienia ogień
włos dała.
jeszcze z ciała jej nie okrzepł,
snu jej pełny niby dzban,
jeszcze oczy świtem mokre
do gwiazd składał jak do ran,
do gwiazd bladych.
Trąbka srebrna, ciała łuk.
Tonął strzelec w złoty puch,
tonął w olchach i w dębinie,
pozostawił cień dziewczynie,
w domu cień zostawił.

*
Jakże będę z cieniem twoim,
usta łączyć jak ze zdrojem:
ni on płomień ni on duch,
ni on włosów twoich puch,
jeno śpiew pajęczy.

Już się świt dopalił,
buchnął ognia słup.
Strzelec na oddali,
w domu cień jak duch.

2
Przędzie drogi nić
kołujący liść.
Jakże ścieżka płynie
górą czy w głębinie?
Dzikich jabłek łopot
poświst ptaków tnie.
Modry ptaku, przynieś
pogłos o zwierzynie,
zarzuć tropu nić
na różowe kły.
Trąbka srebrna zwiedzie
sarny i niedźwiedzie,
zarzuć tylko nić.

3
Na polanie białe łanie
w tańcu niosły ciała strąk.
Jedna wiodła je błękitna,
jakby rzeźba wodnych rąk.
Tak cieniami niosły trzepot,
tak w nie słońce nikło blaskiem,
że stawały się jak cienie
drzewem, wodą, liściem, piaskiem.
A za nimi strzelec tropiąc
zgubił łuk,
nie wiązane cieniem stopy
kładł w kurzawę chmur.
Trwał szelestem, w taniec nikł,
zmieniał ciało w szklane sny,
zmieniał ręce w wiotkość leszczyn,
ni mu ptak spod stopy tryśnie,
ni mu gałąź nie zatrzeszczy,
kiedy wznosi modry lot
potrącając liści strop.

*
Znów się świt wyroił,
minąl dzień, i noc,
zbladły wodopoje
nad różową wsią.

4
Nie ma strzelca. Panna płacze.
Zanim minął mleczny dzień,
idzie panna modrym lasem,
płacząc niesie strzelca cień.

Na gałęziach promień biały
porozpalał jak płomyki
sierść wiewiórek - rudy mech.
Wiodły pannę w zagajniki,
wiodły pannę złotym dnem,
wiodły pannę nad jezioro,
gdzie czerwoną kryte korą
drzewa stały.

Nad jeziorem zła poświata,
leży strzelec w blasku biały,
a w jeziorze, w kręgach wód,
w kolorowym wieńcu nut
tańczą łanie, niosą taniec
w głąb.

"Wstań, kochany." Plotła wieniec
z białych rąk.
"Wstań, kochany." Z nóg mu zdjęła
zaplątany jak sznur trop.
"Wstań, kochany." Leży strzelec.
Płacze panna i na ziemię
kładzie strzelca cień i klnie się:
"Jeśli cieniem nie uniesie,
jeśli zieleń nie odnowi,
jeśli bicze łez - niech w knieje
sama drzewem skamienieję.
Wtedy, kniejo, z nim mnie zamień
w jeden krwią porosły kamień,
zamień w drzewo".
Cień u stóp jak motyl drżał.
Zmilkła panna. Strzelec wstał,
zgarnął z powiek ciężkie niebo -
pułap snu.
Ze słonecznych witek promień
jeden wyciął - sczynił łuk.
Wracał strzelec, przy nim panna,
przepłynęli bór do rana.
Już się świt dopalał,
rósł jak mleczny porost.
Trąbka srebrna, złoty łuk.
Utonęli w mleczny puch,
w oplot dłoni, w zachwyt ciał,
tylko cień u stóp im drżał
jak ptak zamyślenia.