sobota, 24 października 2026

Surreal

 

                                                Emma/Pinterest

Ilość i ciężar gatunkowy moich snów ostatnimi czasy zwyżkuje.  Część snów zapisuję w memuarze, ale spora część odrywa się ode mnie i ulatuje jak spłoszone stado szpaków z pierwszym bądź kolejnym oddechem po otwarciu oczu. Sny wessane do tygla złożonego z codziennych drobiazgów, spraw, sprawek, sprawunków i naprawek, mieszają się z realnością, podbarwiając ją oniryczną deformacją i dodając mojej rzeczywistości  aromatu jak zioła szczodrą ręką wsypane do zupy. Wiem, że wyrazistość snów jakoś się wiąże z moim nieustannym penetrowaniem własnej podświadomości i wyłapywaniem wspomnień. Mój wsobny radar działa wciąż na pełnych obrotach. Sny to też efekt znacznie spokojniejszego i dłuższego spania bez wczesnych pobudek. Myślę, że podświadomość chętnie ze mną współpracuje, wysyłając mi pocztówki z przeszłości do wnikliwego obejrzenia. Wysyła wspomnienia i czeka, co ja na to. Zrobiłam się wyczulona na te momenty, gdy na ekranie Wewnętrznego Miasta w ciągu dnia pojawia się jakiś obraz. Czekam na nie z czujnością kota czającego się przy mysiej dziurze. W przerwach mruczę swoją codzienną mantrę o rzeczach do zrobienia, ale tylko w przerwach. Wątek główny przędzie Się tam, gdzie nikt nie widzi czyli za murami Wewnętrznego Miasta. Co jakiś czas natrafiam na supeł, dziwnie skondensowany splot symboli i pozornie nielogicznych skojarzeń, który trzeba jakoś rozplątać, za co się zabieram najszybciej jak tylko mogę. Cała ta wewnętrzna praca jest mocno absorbująca i energochłonna, ale warta wysiłku. A skąd wiem? Bo życie mnie już tak nie boli jak kilka lat temu. Ba, jest całkiem przyjemne, co chyba oznacza, że szczęśliwe. Piszę ,,chyba", bo pojęcie szczęścia zmienia mi Się z wiekiem, ale hu kers, jak mówią Rosjanie. Mniej boli, a przecież o to chodzi. 

Ale do rzeczy. Ten ostatni sen był dziwny. Jestem na pustym placu wyłożonym betonowymi płytami i widzę duży kubeł na śmieci stojący tuż przede mną. Po drugiej stronie kubła mężczyzna, który wyciąga z pojemnika jakiś papierek, ogląda go, a później podchodzi do mnie blisko, bierze mnie w ramiona i bardzo mocno przytula. Tak prawie do bólu, chociaż to jest przyjemne, bo płynie od niego jakaś pozytywna energia i wiem, że nie zrobi mi nic złego, a tym uściskiem próbuje mi dodać otuchy. A później zaczyna ze mną wirować po tym placu, dokoła kosza. Przyglądam mu się, widzę jego bardzo jasne i gęste włosy zaczesane na bok, zastanawiam się, kim jest, a on jakby odpowiadając na moje niewypowiedziane pytanie mówi, że tak naprawdę jest kobietą lesbijką. I tańczymy dalej. Koniec i bomba. :)) No i tak się zastanawiam, o co w tym chodzi, bo na tym etapie życia już wiem, że sny to nie tylko przypadkowe obrazy wygenerowane przez regenerujący się mózg w fazie REM. Sny w całej swojej wieloznaczności i powikłaniu są rodzajem języka, za pomocą którego podświadomość coś nam komunikuje. Tylko co?

Skopiowałam fragment dotyczący snu, co ostatnio często robię. AI, ta wszechwiedząca bestia, podsuwa taką interpretację: 


Przegląd od AI
Twój sen ma niesamowicie bogatą, pełną kontrastów symbolikę. Łączy w sobie poczucie pustki z nagłym wybuchem bliskości, a także motyw transformacji i odkrywania prawdy.
Oto interpretacja najważniejszych symboli z Twojego snu:
1. Pusty plac z betonowych płyt i kubeł na śmieci
  • Pusty plac symbolizuje Twój obecny stan emocjonalny lub życiowy – może to być poczucie osamotnienia, surowości życia lub moment, w którym czujesz, że zaczynasz coś od nowa (czysta karta).
  • Kubeł na śmieci i wyciągany z niego papierek to metafora porządkowania przeszłości. Mężczyzna wyciągający coś z kosza sugeruje, że w Twoim życiu pojawia się potrzeba przyjrzenia się rzeczom, które odrzuciłeś, uznałeś za niepotrzebne lub o których chciałeś zapomnieć. Może to być jakaś stara lekcja lub wspomnienie, które ma teraz duże znaczenie.
2. Mocny uścisk i wirowanie (Taniec)
  • Uścisk prawie do bólu, który jednocześnie jest przyjemny, to symbol ogromnego pragnienia akceptacji, bezpieczeństwa i głębokiego kontaktu z drugim człowiekiem. Pozytywna energia, którą czujesz, oznacza, że Twoja podświadomość próbuje Cię podnieść na duchu i dać Ci wewnętrzną siłę.
  • Wirowanie wokół kosza to metafora zmiany perspektywy. Taniec w snach oznacza harmonię, radość i akceptację losu. Fakt, że krążycie wokół śmietnika, pokazuje, że potrafisz przekształcić coś "brudnego" lub bolesnego z przeszłości w piękne, uwalniające doświadczenie.
3. Nieznajomy o jasnych włosach i zaskakujące wyznanie
  • Jasne, gęste włosy w sennikach często oznaczają czyste intencje, jasność umysłu, mądrość oraz witalność.
  • Słowa „tak naprawdę jestem kobietą lesbijką” to kluczowy, najbardziej zaskakujący moment snu. W psychologii Carla Junga postać ta może być Twoim Animusem (męskim pierwiastkiem w psychice) lub Animą (żeńskim pierwiastkiem). Ta nagła zmiana tożsamości ze strony postaci oznacza integrację przeciwieństw.
  • Wyznanie to może sugerować, że siła i opieka, której szukasz na zewnątrz (symbolizowane przez postać mężczyzny), tak naprawdę tkwią w Twojej własnej, wrażliwej i intuicyjnej naturze (symbolizowanej przez kobietę). To także symbol autentyczności – zdejmowania masek i ujawniania swojej prawdziwej, głębokiej natury, nawet jeśli dla otoczenia wydaje się to zaskakujące.
Podsumowanie
Ten sen niesie bardzo pozytywne przesłanie. Mówi o procesie uzdrawiania, akceptacji samego siebie i transformacji. Pokazuje, że nawet na "pustym placu" życia możesz odnaleźć ogromną siłę i miłość, która w rzeczywistości płynie z Twojego wnętrza. Uczysz się akceptować swoje różne, czasem skrajne strony osobowości.
Jeśli chcesz przyjrzeć się temu głębiej, powiedz mi:
  • Czy w Twoim życiu realnym miał ostatnio miejsce jakiś moment samotności lub ważna zmiana?
  • Jakie uczucia towarzyszyły Ci tuż po przebudzeniu (zaskoczenie, spokój, tęsknota)?
Odpowiedzi wygenerowane przez AI mogą zawierać błędy. Więcej informacji


niedziela, 4 października 2026

,,Lalka" Paweł Maślona

 



Zewsząd wyskakują ,,Lalki". Raz jedna, raz druga. Tej kinowej nie obejrzałam, ale tę z Netflixa owszem. Pierwszy odcinek zaskakuje szybkim tempem akcji i muszę przyznać, że intrygującą świeżością spojrzenia na powieść zachęca do obejrzenia kolejnych.  Spory kontrast do statecznego kroku,  jakim wchodziliśmy w fabułę przy dźwiękach katarynki w towarzystwie Jerzego Kamasa i Małgorzaty Braunek w ekranizacji Ryszarda Bery z 1977 r. Uwielbiałam tamtą ,,Lalkę", chociaż do Wokulskiego w wykonaniu Kamasa jakoś nigdy nie zapałałam sympatią. Jednak scenki rodzajowe, damy w kapeluszach przechadzające się po starej Warszawie, ten niepowtarzalny klimat, jaki wprowadzał ,,Pamiętnik starego subiekta"... Urokliwe. A u Maślony się dzieje! Podziwiam dużą dbałość o detale w aranżacji wnętrz. Wystrój w kamienicy Łęckich wyjątkowo piękny, a bardzo zwracam uwagę na szczegóły obrazu. Aktorstwo pierwsza klasa, ale nie chcę się nad nim rozwodzić, bo za długo by mi zeszło. Postaci kobiece wszystkie świetnie zagrane, drugoplanowe role także. Florcia i Marianna na Oscara. Reinterpretacja powieści ryzykowna i brawurowa, ale jak dla mnie do przyjęcia, w granicach prawdopodobieństwa. No, może z małymi wyjątkami. Scena, w której Izabela wraz z Marianną i Florentyną ścierają krew z parkietu mało realistyczna, a film utrzymany w konwencji realistycznej... aż powiało Quentinem Tarantino, toteż podejrzewam reżysera o próbę epatowania odbiorcy, co nie świadczy o twórcy najlepiej. Druga, trochę odjechana sprawa, to samo zakończenie. Wokulski bez powodzenia poszukujący ropy naftowej w Polsce to małe piwo, bo Ignacy Łukasiewicz dwadzieścia kilka lat wcześniej rozpoczął wydobycie na skalę przemysłową koło Krosna, więc jest to działanie historycznie jak najbardziej uzasadnione.  Jednak później już w samym zakończeniu reżyser podsuwa pomysł, jakoby Wokulski po ucieczce z terenów polskich ropę odnalazł. I wszystko ok, sęk w tym, że po tym polu naftowym Wokulskiego spaceruje jakby nigdy nic wielbłąd dwugarbny, co sugeruje, że Wokulski dotarł na Bliski Wschód (???), a tam jeszcze ani się nie śniło o wydobywaniu ropy, bo pierwsze mapy tamtych terenów sporządziła podróżniczka Gertrude Bell, żyjąca na przełomie XIX i XX wieku i dzięki temu dopiero później zaczęli tam napływać Anglicy zainteresowani złożami naturalnymi krajów arabskich i z chaotycznie przemieszczających się plemion nomadów powoli zaczęła się tworzyć państwowość. Idąc śladami wielbłąda Afryka też odpada, bo w czasach Wokulskiego jeszcze tam ropy nie wydobywano, toteż ten wielbłąd stanowi dla mnie jakieś  kuriozum i chyba zwykłą wpadkę, która mnie rozbawiła,  tak jak legendarny zegarek na ręce Jagiełły podczas bitwy pod Grunwaldem, który rzekomo wszyscy widzieli ( w rzeczywistości to tylko nieopalony pasek po zegarku  na przegubie ). Z tym że ja wielbłąda naprawdę widziałam, jak bum cyk cyk! On tam jest, jak nie wierzycie, to serial zobaczcie. :D 

Miałam pisać o innych aspektach filmu, ale wielbłąd mi się przypomniał i mnie zwiódł na boczny szlak. Ech. 

Dodam tyle, że Izabela Maślony to nie jest marionetka poruszana sznureczkami konwenansu i własnej kasty. Jego Lalka zrywa sznureczki, zrzuca gorset, przyparta do muru desperacko rzuca się w wir życia nie swojej sfery i próbuje sama decydować o sobie, co mi się bardzo podoba. Miło dla mnie brzmi w tym filmie nutka emancypacji. Izabela u boku lekarki Anny Dobrskiej ( postać historyczna), wlokąc ubłocony tren pracuje jako pielęgniarka, obsługuje nędzną garkuchnię dla miejskiej biedoty, asystuje przy zabiegach medycznych, co sprawia, że ta posągowa postać zyskuje ludzki rys. Mało tego. Jeszcze się szprycuje morfiną, potrafi być bezczelna i cyniczna. Idzie na dno, ale walczy, a nie zalewa się łzami, sięgając po sole trzeźwiące. Brawo. 

Generalnie ta ekranizacja wydobywa z tekstu źródłowego bardzo nieoczywiste i pomijane w szkolnej analizie wątki, co mi się podoba, bo dowodzi, że klasyka nadal ma spory potencjał. No chyba że ktoś ma bardzo konkretne oczekiwania i oczekuje od ekranizacji ścisłej wierności. Ja podeszłam do oglądania bez żadnych oczekiwań, z ciekawością i otwartością, bez zamiaru rozliczania reżysera z odstępstw i oglądało się dobrze, choć współczesne przekleństwa, moim zdaniem zupełnie niepotrzebne, raczej mnie irytowały. Reżyser pojechał po bandzie, ale to nadal jest ta sama historia arystokratki i obsesyjnie zakochanego w niej kupca, tylko opowiedziana innym językiem, z  indziej rozłożonymi akcentami. O dziwo, to jest historia miłości możliwej, co bardzo lubię na filmach. :) Możliwej pod warunkiem, że arystokratka zejdzie z piedestału, co Maślona Izabeli umożliwia. Może inaczej: ona nie schodzi z niego z własnej woli, to przemiany społeczne i styl życia ojca utracjusza strącają Izabelę z piedestału wbrew jej woli, ale ona nie traci gruntu pod nogami,  nie zlatuje jak słomiana kukła (vide Bareja), ale spada na cztery łapy. 


Ps. Już wiem, co z tym wielbłądem. Wygląda na to, że Wokulski uciekł do Baku, gdzie wówczas już była wydobywana ropa i były wielbłądy. Jest to najbardziej prawdopodobna wersja wydarzeń, zwłaszcza że Wokulski właśnie w Rosji dorobił się majątku. 

czwartek, 1 października 2026

Świata jest za dużo

 

Calypso ( Pinterest)


Czy ja naprawdę muszę tyle zwlekać, zanim siądę i zwyczajnie coś napiszę? Przecież inni chyba tak nie mają, bo jeśli ktoś publikuje kilka razy w tygodniu, to dla mnie oznacza, że nie ma żadnej fazy leżakowania i  dojrzewania tekstu, no bo kiedy? A u mnie wszystko musi nabrać mocy urzędowej, dojrzeć (?), sfermentować, wyrosnąć jak ciasto... A w końcu się okazuje, że wychodzi zakalec, więc go porzucam gdzieś w trawie na pożarcie ślimakom. ;p Ale czym jest pisanie w porównaniu z tym zachodem słońca, który właśnie widzę na niebie? Czym jest formułowanie myśli w porównaniu z zapachem lasu lub budlei, które nadal wabią motyle i zawisaki? Wiele razy zastanawiałam się, dlaczego nie mam takiego ciśnienia na pisanie jak dawniej. Wiele razy przychodziło mi do głowy, żeby coś zapisać, bo akurat dobry temat, myśl lub fraza, ale jakoś to się rozpływa w zapachu trawy i ćwierkaniu wróbli. Najczęściej wygrywa czucie. Bo teraz znacznie więcej czuję. W sensie sensualnym i emocjonalnym. Wyszłam z własnej głowy w znaczeniu intelektu, a zatopiłam się w doświadczaniu. Wyszłam po omacku, chwiejnie i chyba nawet na czworakach, nieco przeczołgana własną niedowarzoną metafizyką. I wturlałam Się w takie trochę medytacyjne i dające ukojenie tu i teraz, chociaż pojawiają się obrazy i flashbacki jak najbardziej realne, którym się przyglądam, biorę pod lupę z uwagą, bo zazwyczaj to jest jakaś informacja od podświadomości i tym się trzeba zająć dla własnego dobra. Wciąż odrywają się jakieś osady z samego dna psychiki i zwykle to nie pachnie ładnie, a jednak trzeba przyjąć. Bo mnie od jakiegoś czasu fascynuje mój jungowsko rozumiany Cień! 
Nic nowego co prawda, ale teraz zaglądam pod pokrywkę uzbrojona w kilka lat czytania, słuchania i zgłębiania tematu. 

Czy ktoś to wszystko zrozumie? Wiem, że piszę enigmatycznie, ale jeśli mam być prawdziwa - a mam! -  to tak muszę. Sorry guys. 

No i książki. Od lipca zapisuję to, co przeczytałam, w sumie to nie wiem po co? Może po to, żeby nie czytać po raz drugi? :)))) 

Bardzo mi podziałał na wyobraźnie tytuł najnowszej książki Olgi Tokarczuk: ,,Świata jest za dużo". Ukaże się dopiero 14 października i już pojawiają się wywiady z autorką. W jednym z nich mówiła, że świat istnieje jako dwuwymiarowe i płaskie Terytorium ( geografia, mapa itp.) i Terroir , które jest niepowtarzalną i skomplikowaną cechą jakiegoś miejsca, na które składają się gleba, woda, powietrze, a także historie z tym wszystkim splątane. Olga Tokarczuk jak zawsze mnie fascynuje oryginalnością i rozmachem swojej wyobraźni, za którą nie zawsze nadążam, chociaż chciałabym bardzo. 

No więc właśnie: świata jest za dużo i frustruje mnie to, że tak trudno go opowiedzieć. Dlatego zwykle milczę. 


sobota, 23 maja 2026

Się żyje.

 

Scarlett Ohara

Między kwitnieniem niezapominajek a ostróżek biorę głębszy oddech. Od kilku dni kręcą się wokół mnie jakieś słowa, z którymi nie bardzo wiem, co zrobić, więc próbuję wyjść z tego obronną ręką i dać im wyraz(y). Jakieś przypomnienia i nawet przemyślenia. Jakieś obrazy i dźwięki. Przeglądanie starych tekstów i ciepło na sercu. Kilka wierszy napisanych i jeden zaczęty, którego puenta dojrzewa bardzo powoli. Znaki zapytania i nieudolne próby odpowiedzi. Małe tęsknoty. Dużo zieleni i powietrza. Jerzyki fruwające nad głową i psy kręcące się pod nogami. Obłoków fantasmagorie i nowe poidełko dla ptaków. Życie. 

Paznokcie mam zniszczone od wyrywania chwastów, a to powinno mnie skłonić do natychmiastowych zabiegów pielęgnacyjnych. Nie skłania. :) Włosy mi urosły, bo od wiosny 2025 nie raczyłam odwiedzić fryzjera, więc z tymi paznokciami bez pomalunku i coraz dłuższymi włosami jestem sobie zapuszczona. Nawet mi się nie chce wyrównać końcówek! I to robię ja, która obowiązkowo raz na miesiąc bywałam u fryzjera. W dodatku strasznie mi się podoba ten stan . Chyba za długo byłam paniusią na obcasach, więc zakupiłam trampki, a kilka par eleganckich butów wyrzuciłam do odpadów mieszanych. Witaj swobodo. 

I zostań na dłużej. 

Trochę mnie przeczołgała ta długa i mroźna zima. Co prawda ze śniegiem mam przyjazne relacje, ale z mrozem już mniej. Jednak wszystko ma jakąś dobrą stronę, bo dzięki długiej zimie wyjątkowo dużo czytałam. Właśnie skończyłam książkę Alejandro Zambry ,,Chilijski poeta". Książka dowcipna, inteligentna i bardzo wrażliwie napisana. Urzeka brak patosu i wrażenie autentyczności w tej opowieści, którą recenzenci ujmują jako historię miłosną Carli i Gonzalo, ale wg mnie to fałszywy i powierzchownie potraktowany trop. Tak naprawdę im głębiej się zanurzamy w tej niebanalnej prozie, coraz wyraźniej na pierwszy plan wypływa relacja między Gonzalo a jego pasierbem Vicentem i to ona w finale gra pierwsze skrzypce. Oliwa na wierzch wypływa. Mając spojrzenie raz na zawsze zaprószone Jungiem i jemu podobnymi, widzę w tym potrzebę rekonstrukcji własnego dzieciństwa, którą podejmuje Gonzalo, poprzez bycie takim ojczymem dla Vicentego, jakiego  ojca on sam kiedyś potrzebował, ale go nie miał. Czy ktoś oprócz mnie to dostrzega? Nie wiem. Przyznaję, że nie sprawdzałam. 

Obserwuję u siebie przypływ fobii społecznej, która się zwykle nasila wraz z okresowym pobytem w kraju mojego sąsiada. Jest do zerzygania miły i nie przepuści żadnej okazji, żeby sobie z kimś nie uciąć pogawędki. Mam wrażenie, że gość czatuje na ludzi, bo wyłania się zza winkla tak znienacka, że człowiek nie ma szans. Według moich standardów w kontaktach sąsiedzkich wystarczy kilka przyjaznych słów raz na jakiś czas tudzież codzienne rytualne i uśmiechnięte ,,cześć". Ale on ma inne standardy i potrzebuje wisieć na ogrodzeniu godzinami, codziennie z każdej strony, żeby zaspokoić swoją potrzebę tokowania. Tak, tak, chodzi o tokowanie, tyle tylko że on śpiewa swoją pieśń godową sam dla siebie i pławi się we własnym poczuciu bycia sympatycznym jako Się już rzekło- do zerzygania. I czemu mnie to tak mierzi? To próbuję rozkminić, ale im bardziej próbuję, tym większa mnie dopada fobia. Wczoraj odkryłam, że chcąc podlać paprocie, skradam się i tak cichutko otwieram zbiornik z wodą, żeby pokrywa nie stuknęła, bo w przeciwnym razie on natychmiast wystawia głowę i podchodzi w celu wiadomym, co wywołuje u mnie taki wkurw, że wolę to idiotyczne skradanie niż kolejny kontakt społeczny z mistrzem small talku. 

I teraz myślę, że ten post miał być przecież inny! Miał dotyczyć tajemniczych znaków, jakie wysyła do mnie Wszechświat. Dni, w których rozwiewa się kolejna warstwa ułudy. Przeczuć i niedopowiedzeń. Nagłych wzruszeń i odkryć dokonywanych pod wpływem drobnych zdarzeń. To miał być post o tym, że docierają do mnie pocztówki z przeszłości, a Niegrzeczna Dziewczynka jest jak staroświecka radiostacja, która nawet nie potrzebuje światłowodów, żeby wysłać sygnał o swoim istnieniu. Czytając ten tekst udowodnisz, że mam rację. Kolaps funkcji falowej. Akt obserwacji materializuje obiekt. Jestem. Na dobrą sprawę dopóki będziesz - ja będę. I chyba po to są słowa. Żeby Się stworzyć. Może nawet być swoim własnym obserwatorem, jeśli obserwatorów zewnętrznych brak. A więc stwarzam Się. To tak jak mój sąsiad jest sam dla siebie interlokutorem, a ja mu tylko zapewniam społecznie akceptowalne alibi i pozwalam błyszczeć przed samym sobą.

wtorek, 30 grudnia 2025

Moc

 

Nie wierzę w senniki i horoskopy, ale... Ten sen był wyjątkowy. Szłam z jakąś drugą bliską mi osobą pod górkę. To nie była skalista góra jak w Tatrach,  raczej Bieszczady. Nie widziałam twarzy towarzyszącej mi osoby, ale czułam, że to kobieta. Lekko zmęczone weszłyśmy na szczyt wzgórza i zatrzymałyśmy się, żeby odpocząć. Zobaczyłyśmy przed sobą rozległą zieloną dolinę. Słońce zachodziło w odcieniach malinowych, co ostatnimi czasy często się zdarza, więc myślę, że przekopiowałam autentyczny niedawno widziany zachód słońca do sennej rzeczywistości, chociaż na dobrą sprawę skąd mogę wiedzieć, która z tych rzeczywistości jest tą prawdziwą? Kto śni o kim i czy w ogóle ktokolwiek śni? Może rzeczywistości równoległe przenikają się, przerastają jedna drugą, a rozmaitość warstw i gęstości energetycznych sprawia, że nie wchodzą ze sobą w kolizje, tylko czasem zdarzają się jakieś przecieki -  jak w tym śnie?  Może po prostu wpadłam w inny tunel czasoprzestrzeni, w inną lokację, w której spotkałam tamtą alternatywną siebie i to z nią szłam pod górkę? Ad rem, żeby nie ugrzęznąć w pokręconych dygresjach... Na ogromnej zielonej przestrzeni dostrzegłam jakieś ciemniejsze kształty, które sobie wyostrzyłam jakimś tajemniczym pokrętłem do regulacji ostrości jak w obiektywie aparatu fotograficznego i okazało się, że to są konie. Przepiękne, dorodne, połyskujące w zachodzącym słońcu konie. Całe stado! Na ten widok zamarłam z zachwytu i skupiłam się na obserwacji zwierząt. Niektóre z nich skubały trawę, inne podskakiwały i bawiły się ze sobą. Najbardziej utkwił mi w pamięci jeden z nich. Był gniady z czarnym ogonem i pomyślałam, że to musi być ten sam Mustang, którego Niegrzeczna Dziewczynka ileś lat temu spotkała w Dolinie Mgieł i któremu pozwoliła odejść, bo przecież żaden Dziki Mustang nie zniesie lassa na szyi, więc szkoda energii na oswajanie, znacznie lepiej po prostu sobie żyć wąchając szarlotkę i głaszcząc psa. :) 

Po tym snie obudziłam się podekscytowana ze świadomością, że konie reprezentowały moją moc, z którą właśnie udało mi się nawiązać kontakt. Dziwne to uczucie. Doznanie jakiegoś spokojnego żaru, pełni a jednocześnie pewności, że...?  Że się znalazło? Że Się dotarło do źródła? Że właściwie co?? Że nie wiem dokładnie co, ale jest ogromnie przyjemne i energetyczne, więc próbuję nie tracić z tym łączności. Codziennie  czuję obecność mojego ''mustanga", który próbuje brykać wesoło, wyśpiewuje arie operowe przy gotowaniu, podskakuje na spacerze z psem, uprzednio dyskretnie się obejrzawszy, czy aby nikt nie widzi, żeby do wariatkowa nie zamknęli. Swoją drogą czemuż to człowiek ponury i zgnębiony mieści się w normie i nikt takiego nie podejrzewa  o chorobę umysłową, a ktoś podskakujący bywa czujnie obserwowany i posądzany o brak piątej klepki? I czemu tych klepek jest akurat pięć a nie dajmy na to osiem czy dwanaście? O i takie mam dylematy ostatnimi czasy. 

Z innej beczki: obejrzałam ,,Pod mocnym aniołem" Smarzowskiego i po raz kolejny stwierdziłam, że polska kinematografia jest na świetnym poziomie, zwłaszcza jeśli chodzi o aktorów. Kinga Preis zagrała znakomicie, zresztą nie tylko ona. Jednak proza Jerzego Pilcha, której film jest ekranizacją, nie ma tej siły rażenia, co obraz. Po takim filmie ma się ochotę na komedie romantyczne. :) 

poniedziałek, 25 sierpnia 2025

Przylądek Nocy

 Siedzę w ogrodzie pod orzechem włoskim i myślę. Jak nie dać się posiąść temu, co utracone? Musi być jakiś wytrych, którym można otworzyć drzwi od środka i wypuścić na wolność ptaka pamięci, który tłucze skrzydłami w niewidzialne szyby. We wspomnieniach nie byłoby nic złego, gdyby nie to, że bywają jak drut kolczasty, na który można się nadziać.

Przecież rzeka czasu leniwie płynie i niesie nas w nieznane niezależnie od tego, czy bezwładnie leżymy na wodzie i poddajemy się nurtowi, czy próbujemy udowodnić, że panujemy nad sytuacją i desperacko wiosłujemy pod prąd. Czas płynie nawet wtedy, gdy próbujemy go zatrzymać. Czy uczestniczysz w swoim tu i teraz z pełnym zaangażowaniem, zanurzony w nurcie po same uszy, czy tylko moczysz stopę i natychmiast ją porywasz, jakby to była rzeka ognia… Cokolwiek robisz lub nie, życie sobie płynie. Uparcie, dzień po dniu, minuta po minucie...

Jerzyki wykonały całą serię pożegnalnych lotów, wymalowały na niebie gotyckie łuki w kształcie sklepień krzyżowych i odleciały. Teraz przyszedł czas kopciuszka siadającego na kominie, którego codzienny trel umila mi poranki. Ptaki odmierzają rytm mojego życia. Tylko jeden ptak tłucze skrzydłami o szybę i nie może znaleźć wyjścia z tej klatki, którą sobie sam zbudował ze zdjęć i flashbacków. A więc siedzę pod orzechem i myślę, że przyszedł czas, żeby coś z tym zrobić.

Zamykam oczy i znajduję w sobie miejsce, któremu nadałam nazwę Przylądek Nocy. Chwilę zajmuje mi dotarcie do niego. Muszę być wtedy skoncentrowana, całkowicie zanurzona w sobie i mieć świadomość, że nikt mnie nie wytrąci z transu i mi nie przerwie. Zamieniam się w czarownicę z wielką chochlą, która pochyla się nad tyglem przeszłości i miesza. Miesza niebo z ziemią, czarne z białym, przeszłość z przyszłością, dobro ze złem i dzień z nocą. W kotle zaczyna bulgotać, unoszą się opary i po chwili na powierzchnię wypływają twarze: tata, mama i siostra. Wtedy zaczynam mamrotać swoje tajemne zaklęcia i bawię się tak łatwo wykreowanym obrazem. Zaczynam się czuć jak wróżka z bajki o Kopciuszku, która swoją czarodziejską różdżką z dyni zrobiła złotą karocę. Oczywiście to co ona też potrafię i przez ułamek sekundy bawi mnie ta myśl, ale akurat teraz jestem czarownicą z innej bajki i nie chcę złotej karocy. Zadowalam się prostą drewnianą tratwą unoszącą się na powierzchni rzeki. Zapraszam na nią tatę, mamę i siostrę. Muszą w końcu odpłynąć tam, skąd się nie wraca, bo ich ciągłe pomieszkiwanie za szafą, w kącie za kwietnikiem czy na klatce schodowej zaczyna być uciążliwe i dla nich i dla mnie. A więc robię z nich małe figurki, żeby było łatwiej umieścić ich na tratwie. Tata i mama wsiadają bez problemu, najgorzej idzie mi z siostrą, która nijak nie chce usiąść między rodzicami. Biorę jej postać w palce demiurga - bożycy – czarownicy i próbuję kilka razy. W końcu się udaje i siedzą na tratwie wszyscy troje. Wtedy oddaję im pokłon, dziękuję za wszystko, co od nich dostałam i czego brak był dla mnie ważną lekcją. Kiedy już siedzą wygodnie umoszczeni, podchodzę nad sam brzeg Styksu i odpycham tratwę od brzegu. Przez chwilę obserwuję, jak tratwa obraca się wokół własnej osi, ale w końcu zabiera ją nurt rzeki. Macham do nich, a oni odpowiadają mi uśmiechem. Nie próbuję ich zatrzymywać, wiem, że kiedyś musiało dojść do tego pożegnania, bo nie da się żyć z połową duszy na cmentarzu. Potrzebuję do życia całej duszy, dlatego pozwalam tratwie odpłynąć, pozwalam rzece robić swoje. Obserwuję spokojny, jednostajny ruch tratwy. Ich twarze są coraz mniej wyraźne, są coraz dalej i dalej… Zostaje po nich tylko spokojny szmer wody.

Wyprawa na Przylądek Nocy dobiega końca. Zaczynam wracać do świata żywych poprzez przyspieszony oddech. Leniwie otwieram oczy i zalewa mnie fala kolorów, dźwięków zapachów. Znów słyszę szum wiatru w liściach orzecha, odległe śmiechy dzieci, szczekanie psa. Mój wzrok pada na zakurzoną szybę w garażu i zastanawiam się, czy jutro zdążę ją umyć, bo planowałam kiszenie buraczków…Błogosławiona codzienność, myślę, jeszcze nigdy mnie nie zdradziła. Jest wierna jak pies i zawsze pod ręką, nawet wtedy, gdy jej nie chcę. Zdaję sobie sprawę, że tamto wszystko, co wyczarowałam na Przylądku Nocy, pochylając się z wielką chochlą nad tyglem, było czarno – białe. Jak ta stara fotografia, na której jeszcze wszyscy żyliśmy.


czwartek, 29 maja 2025

Moja podróż




Deszcz. 

Na całej połaci deszcz. 

Dla sióstr i dla braci - deszcz...

Z psem się nie bardzo da wyjść, bo leje okropnie. Czytam ,,Podróż bohaterki", a że w sezonie ogrodniczym idzie mi to w tempie 2 strony dziennie, więc mam czas na rozkminy. Bo i jest co rozkminiać, gdy się czyta tę książkę. O ile wiem, jest tu parę osób robiących to wręcz nałogowo, do której to grupy sama się zaliczam, więc rzucam garść myśli inspirowanych lekturą. Bardzo ciekawie opisuje autorka proces, który ma miejsce w życiu kobiet w naszych czasach przy czym określenie ,,w naszych czasach" rozumiem bardzo szeroko czyli w okresie powojennym. Autorka twierdzi mianowicie, że wchodząc w świat urządzony przez mężczyzn, musiałyśmy siłą rzeczy dopasować się do niego i automatycznie wejść w energię męską czyli: działanie, organizowanie, siła charakteru, logiczne i logistyczne myślenie, ambicja, sukces, kariera, biznes... A więc chcąc zaistnieć w tym świecie, musiałyśmy stłumić w sobie energię żeńską i grać według tych reguł, które już w nim istniały. Sęk w tym, że te zasada przez tysiące lat ustalali mężczyźni dla samych siebie, bo przecież kobiet w ''świecie" nie było. Kobiety były przy ogniskach, w buduarach, w kuchni, w alkowie, na porodówce, w haremie, w salonie, w domu publicznym, przy łóżkach chorych lub umierających członków rodziny... Pełniły role służebno - opiekuńcze ewentualnie ozdobne. Sorry guys, ale takie są historyczne fakty. Jednak wiele kobiet po obu wojnach zostało bez środków do życia, bez jedynego żywiciela, bo miliony mężczyzn poległo, tak więc emancypacja i feminizm to nie była fanaberia znudzonych sufrażystek, tylko potrzeba życiowa. Musiałyśmy wyjść z  kuchni i z przytulnego salonu, żeby zarobić na życie dla siebie i dzieci, bo kto jeśli mnie my? I tak weszłyśmy w życie zawodowe, w którym reguły już od wieków były doprecyzowane przez mężczyzn i dla mężczyzn przy czym bynajmniej nie uwzględniały ewentualnego funkcjonowania w nim kobiet i energii żeńskiej takich jak intuicja, empatia, wrażliwość, czułość, emocjonalność, akceptacja... Mężczyźni od wieków tańczyli taniec wojenny, zostawiali za sobą pożogę i pobojowiska usłane trupami. Nadal to robią np. podczas debat politycznych. A my chcąc nie chcąc, żeby na tej wojnie nie zginąć, musiałyśmy stać się twarde i zacząć się przedzierać przez pole minowe w butach na obcasie, wspinać na nie swoje szczyty, walczyć o nie swoje wartości tylko po to, żeby zyskać uznanie lub tylko środki do życia w nie swoim świecie. A dotyczy to zwłaszcza tych kobiet, które były córeczkami tatusia i koniecznie chciały zasłużyć na jego pochwałę. W życiu kobiety - wg Maureen Murdock -  następuje taki moment, gdy czuje ona bezsens brania udziału w balu i zdaje sobie sprawę, że całe życie tańczyła z innymi menueta, ale to nie był taniec jej duszy. To był przymus, haracz, który płaciła za wejście w męski świat i zdobycie niezależności. Wszystkie ofiary korpo obłożone ratami za mieszkanie, wypalone, sfrustrowane i często uzależnione od alko lub psychotropów na pewno wyraźnie poczuły jak to jest. Weszły wreszcie na ten wymarzony szczyt i nagle stwierdziły:

- O kurwa! Przecież to nie ta góra! Nie o to mi chodziło!

Najodważniejsze z nich zdjęły szpilki i boso ruszyły w drogę powrotną. Najodważniejsze czyli te, które usłyszały głos intuicji, mówiący ,,hej! to nie twoja bajka". To one miały odwagę zobaczyć własną pomyłkę, postawić na siebie i zrezygnować z wyścigu szczurów skoro już odkryły, że to nie jest o nich.

Co teraz robią? Na przykład uprawiają ogród. :D 

Celebrują poranną kawę połączoną z słuchaniem śpiewu ptaków.

Obserwują falowanie kwiatów szałwii i kocimiętki podczas wiatru. 

Słuchają podcastów.

Czytają mądre książki. 

Jeżdżą na rowerze. 

Kochają. 

Czasem, zwłaszcza gdy pada deszcz,  wpadają w melancholię, w której jest łagodność kota.

Zatrzymują momenty piękna. 

Z uporem maniaka gromadzą dobre chwile, żeby móc zaufać życiu, trwaniu, doświadczaniu, światu. 

Żyją nielinearnie. 

Bez presji i masek. 

Smakują bycie sobą i jazdę pociągiem bez odhaczania kolejnych przystanków.

Zdałam sobie sprawę, że ja to wszystko zawsze wiedziałam. Zawsze czułam, że to nie jest mój taniec, że gram jakąś systemowo wymuszoną rolę, ale nie miałam dość zasobów, żeby z niej zrezygnować. Tańczyłam jak mi zagrali, nabawiłam się odcisków, obtarłam pięty, podeptali mi palce, ale co mogłam innego? Funkcjonujemy w takim świecie, w jakim przyszliśmy na świat. Na swój własny balet pozwalałam sobie na blogu i być może dzięki temu nie zwariowałam, bo gdzieś mogłam być sobą i mieć kontakt z własną głębią. Głębią, do której teraz podróżuję... Wiję gniazdo w sobie samej. Tam chcę teraz mieszkać.

poniedziałek, 19 maja 2025

Opowieści z mchu i paproci

 

                                Co prawda zdjęcie z sieci, ale marzę o czymś podobnym u siebie...


Słucham przyjemnego szemrania długo wyczekiwanego deszczu. Wyobrażam sobie, jaka to musi być przyjemność dla roślin, które znoszą ostre wiosenne słońce. Nawet jeśli je podlewam, to nigdy nie będzie to samo. Tak naprawdę teraz moje życie toczy się w ogrodzie. Przychodzę do domu zjeść, przespać się i ogarnąć codzienność, ale jak tylko odhaczę to, co niezbędne, od razu wracam do moich roślin. Z niemałą satysfakcją stwierdzam, że ogród zaczyna wyglądać coraz bardziej po mojemu. To był kiedyś teren mojej mamy, ale odziedziczyłam go po jej śmierci i urządzam według własnych pomysłów. Kiedyś cała działka była podzielona na równe grządki z warzywami, a teraz zaczyna się przekształcać w coś mniej utylitarnego, wygląda coraz ciekawiej, naturalistycznie bym powiedziała, bo przecież imitowanie natury to jednak nie to samo, co ona sama.  Warzywnik skurczył się do kilku małych rządków z truskawkami, sałatką, jarmużem i koperkiem, a resztę przestrzeni coraz bardziej opanowują rośliny ozdobne w tym paprocie, które starsza pani z sąsiedztwa nakazuje mi plewić, a ja o nie dbam najbardziej. Zastanawiałam się czy nie wynająć profesjonalnej firmy ogrodniczej, która wykona projekt, skompletuje odpowiedni zestaw roślin i krzewów, co teraz jest bardzo trendy i upraszcza sprawę, ale w końcu zrezygnowałam, bo okazało się, że grzebanie w ziemi sprawia mi mnóstwo frajdy. Rok temu oczyściłam górkę pod drzewami, która była zawalona gałęziami i wszelkim możliwym badziewiem. Jesienią posadziłam tam krokusy, niezapominajki i fiołki. Z innej części ogrodu przeniosłam sadzonki rośliny pod bajkową nazwą lunaria, która wniosła mocny kolorystyczny akcent i teraz mam małe cudeńko, na które patrzę przez kuchenne okno. Lunaria de facto przez oficjalne gremia jest uważana za chwast, ale jej torebki nasienne jesienią są wyjątkowo piękną ozdobą, a ja mam zamiar cieszyć się ogrodem przez cały rok, dlatego według moich zasad to roślina ozdobna. Bardzo jestem ciekawa jak w tej roli spełni się żeleźniak bulwiasty, który również zdobi ogród zasuszonymi kwiatostanami i który od tego roku gości w moim ogrodzie. Idąc z psem przez brzozowy zagajnik uświadomiłam sobie, że jestem posiadaczką kawałka planety Ziemia! Nie tyle posiadaczką, co chwilową użytkowniczką, bo ja odejdę, a ogród zostanie. Zobaczyłam to w wyżyn kosmosu i aż mi dech zaparło, bo poczułam nie tylko wyróżnienie, ale i odpowiedzialność. Dlatego mam kwiaty miododajne i nie zabijam kretów. zastanawiam się nad domkiem dla jeży, ale przy mojej szalonej psicy, która nie jest bynajmniej zwykłym przekarmionym kanapowcem, ale wojowniczką, jeże i tak by nie przeżyły.

Ach! No i jerzyki przyleciały! co prawda z kilkudniowym opóźnieniem i wymęczone, ale są. To była niezwykła chwila, bo akurat dłuższy moment o nich intensywnie rozmyślałam, analizowałam przyczyny opóźnienie lub ewentualne powody, dla których mogłyby zrezygnować z naszego poddasza. Podeszłam do okna balkonowego i...jest! Dokładnie w tym momencie. Malutki, czarny kształt na szarym, podświetlonym słońcem niebie. Po chwili zjawiły się następne. Najpierw przez 3 dni patrolowały teren zataczając szerokie koła nad domem i znikając na całą noc. Latały coraz bliżej i coraz niżej, a gdy w trakcie ich lotu patrolowego nie wytrzymałam i wyszłam na balkon, jeden przeleciał tak blisko mnie, że widziałam czarne, przenikliwe oko. Ciekawe, czy mnie poznał?  Cały czas wysyłałam im w myślach komunikat: ,,Jest bezpiecznie! Czekamy na was! " No i są. Wieczorem słyszę nad głową to ich słodkie popiskiwanie przez kratkę wentylacyjną. Znaczy mamy lato, aczkolwiek temperatura na to nie wskazuje. 

Nie wiem, czy zdołam w sezonie ogrodniczym oderwać się od ogrodu na tyle, żeby systematycznie bywać na blogu. Wybaczcie, ale roślinne wibracje działają na mnie tak kojąco i tak mi ładują baterie, że na kontakt z ziemią wykorzystuję każdą chwilę. 

Czytam ,,Podróż bohaterki" Maureen Murdock i odkrywam ślady własnych stóp w tym wszystkim, co ona pisze. Ja też szłam tą drogą w przekonaniu, że jestem samotną pionierką, tymczasem autorka opisuje bardzo charakterystyczne jak się okazuje doświadczenie kobiet, które sięgnęły po niezależność w kulturze patriarchalnej. Przeczytałam jeszcze parę rzeczy, ale nie mam czasu o tym pisać, aczkolwiek byłoby warto polecić. Cóż. Może jak minie sezon intensywnych prac ogrodowych lub upał mnie zatrzyma w domu. Deszcz i zimno nie zdołało, ale upałów nie cierpię, więc jest szansa. :)) 



niedziela, 13 kwietnia 2025

Pod niebem pełnym cudów

 



Wszystko ćwierka, grucha, rozwija pąki, kwitnie...Zaczyna się wielka metamorfoza, dzięki której świat stanie się kolorowy i tętniący życiem. Zieleni jest coraz więcej. 

Czekam na moment, gdy orzechy włoskie, rosnące w ogrodzie na wprost okna w kuchni, zazielenią się i zasłonią widok na sąsiednie posesje, bo wtedy ogród robi się odciętym od reszty mikrokosmosem, w którym dzieją się małe cuda. W budce lęgowej dla rudzików zasiedliły się mazurki. Nie mam im tego za złe, bo rudzik został raz na zawsze zniechęcony do zamieszkania przez sójkę, która na moich oczach napadła na rodzinę rudzików i porwała pisklę. Omal mi serce nie pękło z żalu i oburzenia, gdy zauważyłam tę akcję z okna, bo rudzikami bardzo się cieszyłam i trzymałam kciuki za ich potomstwo, tymczasem bandycki wyczyn sójki zniweczył wszystko. Od tej pory rudziki nie pokazały się w moim ogrodzie, za to mazurków mamy sporo.  Kolejne nieszczęście spotkało parę grzywaczy, która uwiła gniazdko dokładnie na wysokości drugiego okna i w takiej odległości, że można było dokładnie wszystko widzieć. Samiczka (?) wysiadywała jajka dzień i noc, ja codziennie obserwowałam gniazdo, zaczynałam dzień od oględzin grzywaczowej siedziby i z ukontentowaniem widziałam jednego z rodziców na jajeczkach. Aż któregoś dnia wracając z zakupów zobaczyłam na osiedlowej uliczce grzywacza rozjechanego przez samochód i nabrałam złych przeczuć, że to któryś z naszej parki. Tygrys optymistycznie stwierdził, że przecież grzywaczy jest dużo i to wcale nie musi być akurat ten nasz.  Jeden z nich wciąż siedział na gnieździe, ale czy nadal ma zmiennika? A jeśli nie, to jak długo  wytrzyma? 

 Wszystko wyjaśniło się na drugi dzień: grzywacz z gniazda zaczął głośno gruchać i wiercić się na gnieździe, co mnie niepokoiło, bo w ten sposób zdradzał swoje lokum, czego ptaki nigdy nie robią. To było nietypowe i niebezpieczne zachowanie. Widocznie domagał się zmiennika lub dostawy jedzenia, a trwało to cały dzień. I przeczucie mnie nie zawiodło, bo nie doczekał się, biedak,  niestety. W końcu opuścił gniazdo i usiadł na gałęzi obok patrząc na jajeczka, a dzień był wyjątkowo wietrzny i bardzo zimny. Patrzył na jajeczka i patrzył... wola przetrwania walczyła w nim z instynktem opiekuńczym. W końcu odleciał poszukać pożywienia, zostawiając jajka, które musiały się wyziębić, a to bardzo źle. Na drugi dzień Tygrys wypatrzył, że w gniazdku są tylko porozbijane skorupki. Być może kuna wywęszyła puste gniazdo i zrobiła sobie nocną ucztę. 

Po tych ptasich dramatach pocieszam się myślą, że już niedługo przylecą jerzyki. Ba! One już lecą, już są w drodze, a dzień ich przylotu to nasze małe święto, które przypada na długi majowy weekend. Gdy tylko je usłyszę lub wypatrzę, piszę sms do Tygrysa, jeśli jest w pracy, bo obydwoje na nie czekamy. Rok temu zrobiły najpierw rekonesans, oblatując dom kilkakrotnie dokoła, a następnie zniknęły na cały dzień, jakby poleciały szukać lepszych siedzib letnich. Jednak później wróciły i zostały na całe lato. Każdego wieczora przed zaśnięciem słyszałam kwilenie nad głową, bo jedno z kilku gniazd na poddaszu mają tuż obok kratki wentylacyjnej w sypialni. Jerzyki to fascynujące ptaki, które większość życia spędzają w locie. Śpią też w locie 2 lub 3 kilometry nad ziemią, ślizgając się po prądach powietrznych. Są bardzo uspołecznione, bo latają na łowy całym stadem, podczas gdy partner siedzi na jajeczkach. Ten polujący zapewnia wikt, co z czasem, gdy już się wyklują pisklęta, staje się sporym wyzwaniem. 

I tak mijają mi dni na obserwacji ptaków, na czekaniu aż szałwia i werbena zaczną kwitnąć. A póki co kwitną fiołki, bratki, brunery, tulipany, szafirki. Spacery z psem też bywają ukwiecone. Lubię się zatrzymywać w  miejscu, gdzie rośnie kilka drzew owocowych. Wystawiam twarz na wiatr i czuję delikatne białe płatki na skórze. Pod niebem pełnym cudów wdycham zapach wiosny i deszczu, starych smutków i nowych nadziei... Myślę o drzewach, ptakach, kwiatach, rzadziej o ludziach, którzy często wnoszą zamęt do mojego życia, ale taka już ich uroda. 


Grafika z sieci