sobota, 23 maja 2026

Się żyje.

 

Scarlett Ohara

Między kwitnieniem niezapominajek a ostróżek biorę głębszy oddech. Od kilku dni kręcą się wokół mnie jakieś słowa, z którymi nie bardzo wiem, co zrobić, więc próbuję wyjść z tego obronną ręką i dać im wyraz(y). Jakieś przypomnienia i nawet przemyślenia. Jakieś obrazy i dźwięki. Przeglądanie starych tekstów i ciepło na sercu. Kilka wierszy napisanych i jeden zaczęty, którego puenta dojrzewa bardzo powoli. Znaki zapytania i nieudolne próby odpowiedzi. Małe tęsknoty. Dużo zieleni i powietrza. Jerzyki fruwające nad głową i psy kręcące się pod nogami. Obłoków fantasmagorie i nowe poidełko dla ptaków. Życie. 

Paznokcie mam zniszczone od wyrywania chwastów, a to powinno mnie skłonić do natychmiastowych zabiegów pielęgnacyjnych. Nie skłania. :) Włosy mi urosły, bo od wiosny 2025 nie raczyłam odwiedzić fryzjera, więc z tymi paznokciami bez pomalunku i coraz dłuższymi włosami jestem sobie zapuszczona. Nawet mi się nie chce wyrównać końcówek! I to robię ja, która obowiązkowo raz na miesiąc bywałam u fryzjera. W dodatku strasznie mi się podoba ten stan . Chyba za długo byłam paniusią na obcasach, więc zakupiłam trampki, a kilka par eleganckich butów wyrzuciłam do odpadów mieszanych. Witaj swobodo. 

I zostań na dłużej. 

Trochę mnie przeczołgała ta długa i mroźna zima. Co prawda ze śniegiem mam przyjazne relacje, ale z mrozem już mniej. Jednak wszystko ma jakąś dobrą stronę, bo dzięki długiej zimie wyjątkowo dużo czytałam. Właśnie skończyłam książkę Alejandro Zambry ,,Chilijski poeta". Książka dowcipna, inteligentna i bardzo wrażliwie napisana. Urzeka brak patosu i wrażenie autentyczności w tej opowieści, którą recenzenci ujmują jako historię miłosną Carli i Gonzalo, ale wg mnie to fałszywy i powierzchownie potraktowany trop. Tak naprawdę im głębiej się zanurzamy w tej niebanalnej prozie, coraz wyraźniej na pierwszy plan wypływa relacja między Gonzalo a jego pasierbem Vicentem i to ona w finale gra pierwsze skrzypce. Oliwa na wierzch wypływa. Mając spojrzenie raz na zawsze zaprószone Jungiem i jemu podobnymi, widzę w tym potrzebę rekonstrukcji własnego dzieciństwa, którą podejmuje Gonzalo, poprzez bycie takim ojczymem dla Vicentego, jakiego  ojca on sam kiedyś potrzebował, ale go nie miał. Czy ktoś oprócz mnie to dostrzega? Nie wiem. Przyznaję, że nie sprawdzałam. 

Obserwuję u siebie przypływ fobii społecznej, która się zwykle nasila wraz z okresowym pobytem w kraju mojego sąsiada. Jest do zerzygania miły i nie przepuści żadnej okazji, żeby sobie z kimś nie uciąć pogawędki. Mam wrażenie, że gość czatuje na ludzi, bo wyłania się zza winkla tak znienacka, że człowiek nie ma szans. Według moich standardów w kontaktach sąsiedzkich wystarczy kilka przyjaznych słów raz na jakiś czas tudzież codzienne rytualne i uśmiechnięte ,,cześć". Ale on ma inne standardy i potrzebuje wisieć na ogrodzeniu godzinami, codziennie z każdej strony, żeby zaspokoić swoją potrzebę tokowania. Tak, tak, chodzi o tokowanie, tyle tylko że on śpiewa swoją pieśń godową sam dla siebie i pławi się we własnym poczuciu bycia sympatycznym jako Się już rzekło- do zerzygania. I czemu mnie to tak mierzi? To próbuję rozkminić, ale im bardziej próbuję, tym większa mnie dopada fobia. Wczoraj odkryłam, że chcąc podlać paprocie, skradam się i tak cichutko otwieram zbiornik z wodą, żeby pokrywa nie stuknęła, bo w przeciwnym razie on natychmiast wystawia głowę i podchodzi w celu wiadomym, co wywołuje u mnie taki wkurw, że wolę to idiotyczne skradanie niż kolejny kontakt społeczny z mistrzem small talku. 

I teraz myślę, że ten post miał być przecież inny! Miał dotyczyć tajemniczych znaków, jakie wysyła do mnie Wszechświat. Dni, w których rozwiewa się kolejna warstwa ułudy. Przeczuć i niedopowiedzeń. Nagłych wzruszeń i odkryć dokonywanych pod wpływem drobnych zdarzeń. To miał być post o tym, że docierają do mnie pocztówki z przeszłości, a Niegrzeczna Dziewczynka jest jak staroświecka radiostacja, która nawet nie potrzebuje światłowodów, żeby wysłać sygnał o swoim istnieniu. Czytając ten tekst udowodnisz, że mam rację. Kolaps funkcji falowej. Akt obserwacji materializuje obiekt. Jestem. Na dobrą sprawę dopóki będziesz - ja będę. I chyba po to są słowa. Żeby Się stworzyć. Może nawet być swoim własnym obserwatorem, jeśli obserwatorów zewnętrznych brak. A więc stwarzam Się. To tak jak mój sąsiad jest sam dla siebie interlokutorem, a ja mu tylko zapewniam społecznie akceptowalne alibi i pozwalam błyszczeć przed samym sobą.

wtorek, 30 grudnia 2025

Moc

 

Nie wierzę w senniki i horoskopy, ale... Ten sen był wyjątkowy. Szłam z jakąś drugą bliską mi osobą pod górkę. To nie była skalista góra jak w Tatrach,  raczej Bieszczady. Nie widziałam twarzy towarzyszącej mi osoby, ale czułam, że to kobieta. Lekko zmęczone weszłyśmy na szczyt wzgórza i zatrzymałyśmy się, żeby odpocząć. Zobaczyłyśmy przed sobą rozległą zieloną dolinę. Słońce zachodziło w odcieniach malinowych, co ostatnimi czasy często się zdarza, więc myślę, że przekopiowałam autentyczny niedawno widziany zachód słońca do sennej rzeczywistości, chociaż na dobrą sprawę skąd mogę wiedzieć, która z tych rzeczywistości jest tą prawdziwą? Kto śni o kim i czy w ogóle ktokolwiek śni? Może rzeczywistości równoległe przenikają się, przerastają jedna drugą, a rozmaitość warstw i gęstości energetycznych sprawia, że nie wchodzą ze sobą w kolizje, tylko czasem zdarzają się jakieś przecieki -  jak w tym śnie?  Może po prostu wpadłam w inny tunel czasoprzestrzeni, w inną lokację, w której spotkałam tamtą alternatywną siebie i to z nią szłam pod górkę? Ad rem, żeby nie ugrzęznąć w pokręconych dygresjach... Na ogromnej zielonej przestrzeni dostrzegłam jakieś ciemniejsze kształty, które sobie wyostrzyłam jakimś tajemniczym pokrętłem do regulacji ostrości jak w obiektywie aparatu fotograficznego i okazało się, że to są konie. Przepiękne, dorodne, połyskujące w zachodzącym słońcu konie. Całe stado! Na ten widok zamarłam z zachwytu i skupiłam się na obserwacji zwierząt. Niektóre z nich skubały trawę, inne podskakiwały i bawiły się ze sobą. Najbardziej utkwił mi w pamięci jeden z nich. Był gniady z czarnym ogonem i pomyślałam, że to musi być ten sam Mustang, którego Niegrzeczna Dziewczynka ileś lat temu spotkała w Dolinie Mgieł i któremu pozwoliła odejść, bo przecież żaden Dziki Mustang nie zniesie lassa na szyi, więc szkoda energii na oswajanie, znacznie lepiej po prostu sobie żyć wąchając szarlotkę i głaszcząc psa. :) 

Po tym snie obudziłam się podekscytowana ze świadomością, że konie reprezentowały moją moc, z którą właśnie udało mi się nawiązać kontakt. Dziwne to uczucie. Doznanie jakiegoś spokojnego żaru, pełni a jednocześnie pewności, że...?  Że się znalazło? Że Się dotarło do źródła? Że właściwie co?? Że nie wiem dokładnie co, ale jest ogromnie przyjemne i energetyczne, więc próbuję nie tracić z tym łączności. Codziennie  czuję obecność mojego ''mustanga", który próbuje brykać wesoło, wyśpiewuje arie operowe przy gotowaniu, podskakuje na spacerze z psem, uprzednio dyskretnie się obejrzawszy, czy aby nikt nie widzi, żeby do wariatkowa nie zamknęli. Swoją drogą czemuż to człowiek ponury i zgnębiony mieści się w normie i nikt takiego nie podejrzewa  o chorobę umysłową, a ktoś podskakujący bywa czujnie obserwowany i posądzany o brak piątej klepki? I czemu tych klepek jest akurat pięć a nie dajmy na to osiem czy dwanaście? O i takie mam dylematy ostatnimi czasy. 

Z innej beczki: obejrzałam ,,Pod mocnym aniołem" Smarzowskiego i po raz kolejny stwierdziłam, że polska kinematografia jest na świetnym poziomie, zwłaszcza jeśli chodzi o aktorów. Kinga Preis zagrała znakomicie, zresztą nie tylko ona. Jednak proza Jerzego Pilcha, której film jest ekranizacją, nie ma tej siły rażenia, co obraz. Po takim filmie ma się ochotę na komedie romantyczne. :) 

poniedziałek, 25 sierpnia 2025

Przylądek Nocy

 Siedzę w ogrodzie pod orzechem włoskim i myślę. Jak nie dać się posiąść temu, co utracone? Musi być jakiś wytrych, którym można otworzyć drzwi od środka i wypuścić na wolność ptaka pamięci, który tłucze skrzydłami w niewidzialne szyby. We wspomnieniach nie byłoby nic złego, gdyby nie to, że bywają jak drut kolczasty, na który można się nadziać.

Przecież rzeka czasu leniwie płynie i niesie nas w nieznane niezależnie od tego, czy bezwładnie leżymy na wodzie i poddajemy się nurtowi, czy próbujemy udowodnić, że panujemy nad sytuacją i desperacko wiosłujemy pod prąd. Czas płynie nawet wtedy, gdy próbujemy go zatrzymać. Czy uczestniczysz w swoim tu i teraz z pełnym zaangażowaniem, zanurzony w nurcie po same uszy, czy tylko moczysz stopę i natychmiast ją porywasz, jakby to była rzeka ognia… Cokolwiek robisz lub nie, życie sobie płynie. Uparcie, dzień po dniu, minuta po minucie...

Jerzyki wykonały całą serię pożegnalnych lotów, wymalowały na niebie gotyckie łuki w kształcie sklepień krzyżowych i odleciały. Teraz przyszedł czas kopciuszka siadającego na kominie, którego codzienny trel umila mi poranki. Ptaki odmierzają rytm mojego życia. Tylko jeden ptak tłucze skrzydłami o szybę i nie może znaleźć wyjścia z tej klatki, którą sobie sam zbudował ze zdjęć i flashbacków. A więc siedzę pod orzechem i myślę, że przyszedł czas, żeby coś z tym zrobić.

Zamykam oczy i znajduję w sobie miejsce, któremu nadałam nazwę Przylądek Nocy. Chwilę zajmuje mi dotarcie do niego. Muszę być wtedy skoncentrowana, całkowicie zanurzona w sobie i mieć świadomość, że nikt mnie nie wytrąci z transu i mi nie przerwie. Zamieniam się w czarownicę z wielką chochlą, która pochyla się nad tyglem przeszłości i miesza. Miesza niebo z ziemią, czarne z białym, przeszłość z przyszłością, dobro ze złem i dzień z nocą. W kotle zaczyna bulgotać, unoszą się opary i po chwili na powierzchnię wypływają twarze: tata, mama i siostra. Wtedy zaczynam mamrotać swoje tajemne zaklęcia i bawię się tak łatwo wykreowanym obrazem. Zaczynam się czuć jak wróżka z bajki o Kopciuszku, która swoją czarodziejską różdżką z dyni zrobiła złotą karocę. Oczywiście to co ona też potrafię i przez ułamek sekundy bawi mnie ta myśl, ale akurat teraz jestem czarownicą z innej bajki i nie chcę złotej karocy. Zadowalam się prostą drewnianą tratwą unoszącą się na powierzchni rzeki. Zapraszam na nią tatę, mamę i siostrę. Muszą w końcu odpłynąć tam, skąd się nie wraca, bo ich ciągłe pomieszkiwanie za szafą, w kącie za kwietnikiem czy na klatce schodowej zaczyna być uciążliwe i dla nich i dla mnie. A więc robię z nich małe figurki, żeby było łatwiej umieścić ich na tratwie. Tata i mama wsiadają bez problemu, najgorzej idzie mi z siostrą, która nijak nie chce usiąść między rodzicami. Biorę jej postać w palce demiurga - bożycy – czarownicy i próbuję kilka razy. W końcu się udaje i siedzą na tratwie wszyscy troje. Wtedy oddaję im pokłon, dziękuję za wszystko, co od nich dostałam i czego brak był dla mnie ważną lekcją. Kiedy już siedzą wygodnie umoszczeni, podchodzę nad sam brzeg Styksu i odpycham tratwę od brzegu. Przez chwilę obserwuję, jak tratwa obraca się wokół własnej osi, ale w końcu zabiera ją nurt rzeki. Macham do nich, a oni odpowiadają mi uśmiechem. Nie próbuję ich zatrzymywać, wiem, że kiedyś musiało dojść do tego pożegnania, bo nie da się żyć z połową duszy na cmentarzu. Potrzebuję do życia całej duszy, dlatego pozwalam tratwie odpłynąć, pozwalam rzece robić swoje. Obserwuję spokojny, jednostajny ruch tratwy. Ich twarze są coraz mniej wyraźne, są coraz dalej i dalej… Zostaje po nich tylko spokojny szmer wody.

Wyprawa na Przylądek Nocy dobiega końca. Zaczynam wracać do świata żywych poprzez przyspieszony oddech. Leniwie otwieram oczy i zalewa mnie fala kolorów, dźwięków zapachów. Znów słyszę szum wiatru w liściach orzecha, odległe śmiechy dzieci, szczekanie psa. Mój wzrok pada na zakurzoną szybę w garażu i zastanawiam się, czy jutro zdążę ją umyć, bo planowałam kiszenie buraczków…Błogosławiona codzienność, myślę, jeszcze nigdy mnie nie zdradziła. Jest wierna jak pies i zawsze pod ręką, nawet wtedy, gdy jej nie chcę. Zdaję sobie sprawę, że tamto wszystko, co wyczarowałam na Przylądku Nocy, pochylając się z wielką chochlą nad tyglem, było czarno – białe. Jak ta stara fotografia, na której jeszcze wszyscy żyliśmy.


czwartek, 29 maja 2025

Moja podróż




Deszcz. 

Na całej połaci deszcz. 

Dla sióstr i dla braci - deszcz...

Z psem się nie bardzo da wyjść, bo leje okropnie. Czytam ,,Podróż bohaterki", a że w sezonie ogrodniczym idzie mi to w tempie 2 strony dziennie, więc mam czas na rozkminy. Bo i jest co rozkminiać, gdy się czyta tę książkę. O ile wiem, jest tu parę osób robiących to wręcz nałogowo, do której to grupy sama się zaliczam, więc rzucam garść myśli inspirowanych lekturą. Bardzo ciekawie opisuje autorka proces, który ma miejsce w życiu kobiet w naszych czasach przy czym określenie ,,w naszych czasach" rozumiem bardzo szeroko czyli w okresie powojennym. Autorka twierdzi mianowicie, że wchodząc w świat urządzony przez mężczyzn, musiałyśmy siłą rzeczy dopasować się do niego i automatycznie wejść w energię męską czyli: działanie, organizowanie, siła charakteru, logiczne i logistyczne myślenie, ambicja, sukces, kariera, biznes... A więc chcąc zaistnieć w tym świecie, musiałyśmy stłumić w sobie energię żeńską i grać według tych reguł, które już w nim istniały. Sęk w tym, że te zasada przez tysiące lat ustalali mężczyźni dla samych siebie, bo przecież kobiet w ''świecie" nie było. Kobiety były przy ogniskach, w buduarach, w kuchni, w alkowie, na porodówce, w haremie, w salonie, w domu publicznym, przy łóżkach chorych lub umierających członków rodziny... Pełniły role służebno - opiekuńcze ewentualnie ozdobne. Sorry guys, ale takie są historyczne fakty. Jednak wiele kobiet po obu wojnach zostało bez środków do życia, bez jedynego żywiciela, bo miliony mężczyzn poległo, tak więc emancypacja i feminizm to nie była fanaberia znudzonych sufrażystek, tylko potrzeba życiowa. Musiałyśmy wyjść z  kuchni i z przytulnego salonu, żeby zarobić na życie dla siebie i dzieci, bo kto jeśli mnie my? I tak weszłyśmy w życie zawodowe, w którym reguły już od wieków były doprecyzowane przez mężczyzn i dla mężczyzn przy czym bynajmniej nie uwzględniały ewentualnego funkcjonowania w nim kobiet i energii żeńskiej takich jak intuicja, empatia, wrażliwość, czułość, emocjonalność, akceptacja... Mężczyźni od wieków tańczyli taniec wojenny, zostawiali za sobą pożogę i pobojowiska usłane trupami. Nadal to robią np. podczas debat politycznych. A my chcąc nie chcąc, żeby na tej wojnie nie zginąć, musiałyśmy stać się twarde i zacząć się przedzierać przez pole minowe w butach na obcasie, wspinać na nie swoje szczyty, walczyć o nie swoje wartości tylko po to, żeby zyskać uznanie lub tylko środki do życia w nie swoim świecie. A dotyczy to zwłaszcza tych kobiet, które były córeczkami tatusia i koniecznie chciały zasłużyć na jego pochwałę. W życiu kobiety - wg Maureen Murdock -  następuje taki moment, gdy czuje ona bezsens brania udziału w balu i zdaje sobie sprawę, że całe życie tańczyła z innymi menueta, ale to nie był taniec jej duszy. To był przymus, haracz, który płaciła za wejście w męski świat i zdobycie niezależności. Wszystkie ofiary korpo obłożone ratami za mieszkanie, wypalone, sfrustrowane i często uzależnione od alko lub psychotropów na pewno wyraźnie poczuły jak to jest. Weszły wreszcie na ten wymarzony szczyt i nagle stwierdziły:

- O kurwa! Przecież to nie ta góra! Nie o to mi chodziło!

Najodważniejsze z nich zdjęły szpilki i boso ruszyły w drogę powrotną. Najodważniejsze czyli te, które usłyszały głos intuicji, mówiący ,,hej! to nie twoja bajka". To one miały odwagę zobaczyć własną pomyłkę, postawić na siebie i zrezygnować z wyścigu szczurów skoro już odkryły, że to nie jest o nich.

Co teraz robią? Na przykład uprawiają ogród. :D 

Celebrują poranną kawę połączoną z słuchaniem śpiewu ptaków.

Obserwują falowanie kwiatów szałwii i kocimiętki podczas wiatru. 

Słuchają podcastów.

Czytają mądre książki. 

Jeżdżą na rowerze. 

Kochają. 

Czasem, zwłaszcza gdy pada deszcz,  wpadają w melancholię, w której jest łagodność kota.

Zatrzymują momenty piękna. 

Z uporem maniaka gromadzą dobre chwile, żeby móc zaufać życiu, trwaniu, doświadczaniu, światu. 

Żyją nielinearnie. 

Bez presji i masek. 

Smakują bycie sobą i jazdę pociągiem bez odhaczania kolejnych przystanków.

Zdałam sobie sprawę, że ja to wszystko zawsze wiedziałam. Zawsze czułam, że to nie jest mój taniec, że gram jakąś systemowo wymuszoną rolę, ale nie miałam dość zasobów, żeby z niej zrezygnować. Tańczyłam jak mi zagrali, nabawiłam się odcisków, obtarłam pięty, podeptali mi palce, ale co mogłam innego? Funkcjonujemy w takim świecie, w jakim przyszliśmy na świat. Na swój własny balet pozwalałam sobie na blogu i być może dzięki temu nie zwariowałam, bo gdzieś mogłam być sobą i mieć kontakt z własną głębią. Głębią, do której teraz podróżuję... Wiję gniazdo w sobie samej. Tam chcę teraz mieszkać.

poniedziałek, 19 maja 2025

Opowieści z mchu i paproci

 

                                Co prawda zdjęcie z sieci, ale marzę o czymś podobnym u siebie...


Słucham przyjemnego szemrania długo wyczekiwanego deszczu. Wyobrażam sobie, jaka to musi być przyjemność dla roślin, które znoszą ostre wiosenne słońce. Nawet jeśli je podlewam, to nigdy nie będzie to samo. Tak naprawdę teraz moje życie toczy się w ogrodzie. Przychodzę do domu zjeść, przespać się i ogarnąć codzienność, ale jak tylko odhaczę to, co niezbędne, od razu wracam do moich roślin. Z niemałą satysfakcją stwierdzam, że ogród zaczyna wyglądać coraz bardziej po mojemu. To był kiedyś teren mojej mamy, ale odziedziczyłam go po jej śmierci i urządzam według własnych pomysłów. Kiedyś cała działka była podzielona na równe grządki z warzywami, a teraz zaczyna się przekształcać w coś mniej utylitarnego, wygląda coraz ciekawiej, naturalistycznie bym powiedziała, bo przecież imitowanie natury to jednak nie to samo, co ona sama.  Warzywnik skurczył się do kilku małych rządków z truskawkami, sałatką, jarmużem i koperkiem, a resztę przestrzeni coraz bardziej opanowują rośliny ozdobne w tym paprocie, które starsza pani z sąsiedztwa nakazuje mi plewić, a ja o nie dbam najbardziej. Zastanawiałam się czy nie wynająć profesjonalnej firmy ogrodniczej, która wykona projekt, skompletuje odpowiedni zestaw roślin i krzewów, co teraz jest bardzo trendy i upraszcza sprawę, ale w końcu zrezygnowałam, bo okazało się, że grzebanie w ziemi sprawia mi mnóstwo frajdy. Rok temu oczyściłam górkę pod drzewami, która była zawalona gałęziami i wszelkim możliwym badziewiem. Jesienią posadziłam tam krokusy, niezapominajki i fiołki. Z innej części ogrodu przeniosłam sadzonki rośliny pod bajkową nazwą lunaria, która wniosła mocny kolorystyczny akcent i teraz mam małe cudeńko, na które patrzę przez kuchenne okno. Lunaria de facto przez oficjalne gremia jest uważana za chwast, ale jej torebki nasienne jesienią są wyjątkowo piękną ozdobą, a ja mam zamiar cieszyć się ogrodem przez cały rok, dlatego według moich zasad to roślina ozdobna. Bardzo jestem ciekawa jak w tej roli spełni się żeleźniak bulwiasty, który również zdobi ogród zasuszonymi kwiatostanami i który od tego roku gości w moim ogrodzie. Idąc z psem przez brzozowy zagajnik uświadomiłam sobie, że jestem posiadaczką kawałka planety Ziemia! Nie tyle posiadaczką, co chwilową użytkowniczką, bo ja odejdę, a ogród zostanie. Zobaczyłam to w wyżyn kosmosu i aż mi dech zaparło, bo poczułam nie tylko wyróżnienie, ale i odpowiedzialność. Dlatego mam kwiaty miododajne i nie zabijam kretów. zastanawiam się nad domkiem dla jeży, ale przy mojej szalonej psicy, która nie jest bynajmniej zwykłym przekarmionym kanapowcem, ale wojowniczką, jeże i tak by nie przeżyły.

Ach! No i jerzyki przyleciały! co prawda z kilkudniowym opóźnieniem i wymęczone, ale są. To była niezwykła chwila, bo akurat dłuższy moment o nich intensywnie rozmyślałam, analizowałam przyczyny opóźnienie lub ewentualne powody, dla których mogłyby zrezygnować z naszego poddasza. Podeszłam do okna balkonowego i...jest! Dokładnie w tym momencie. Malutki, czarny kształt na szarym, podświetlonym słońcem niebie. Po chwili zjawiły się następne. Najpierw przez 3 dni patrolowały teren zataczając szerokie koła nad domem i znikając na całą noc. Latały coraz bliżej i coraz niżej, a gdy w trakcie ich lotu patrolowego nie wytrzymałam i wyszłam na balkon, jeden przeleciał tak blisko mnie, że widziałam czarne, przenikliwe oko. Ciekawe, czy mnie poznał?  Cały czas wysyłałam im w myślach komunikat: ,,Jest bezpiecznie! Czekamy na was! " No i są. Wieczorem słyszę nad głową to ich słodkie popiskiwanie przez kratkę wentylacyjną. Znaczy mamy lato, aczkolwiek temperatura na to nie wskazuje. 

Nie wiem, czy zdołam w sezonie ogrodniczym oderwać się od ogrodu na tyle, żeby systematycznie bywać na blogu. Wybaczcie, ale roślinne wibracje działają na mnie tak kojąco i tak mi ładują baterie, że na kontakt z ziemią wykorzystuję każdą chwilę. 

Czytam ,,Podróż bohaterki" Maureen Murdock i odkrywam ślady własnych stóp w tym wszystkim, co ona pisze. Ja też szłam tą drogą w przekonaniu, że jestem samotną pionierką, tymczasem autorka opisuje bardzo charakterystyczne jak się okazuje doświadczenie kobiet, które sięgnęły po niezależność w kulturze patriarchalnej. Przeczytałam jeszcze parę rzeczy, ale nie mam czasu o tym pisać, aczkolwiek byłoby warto polecić. Cóż. Może jak minie sezon intensywnych prac ogrodowych lub upał mnie zatrzyma w domu. Deszcz i zimno nie zdołało, ale upałów nie cierpię, więc jest szansa. :)) 



niedziela, 13 kwietnia 2025

Pod niebem pełnym cudów

 



Wszystko ćwierka, grucha, rozwija pąki, kwitnie...Zaczyna się wielka metamorfoza, dzięki której świat stanie się kolorowy i tętniący życiem. Zieleni jest coraz więcej. 

Czekam na moment, gdy orzechy włoskie, rosnące w ogrodzie na wprost okna w kuchni, zazielenią się i zasłonią widok na sąsiednie posesje, bo wtedy ogród robi się odciętym od reszty mikrokosmosem, w którym dzieją się małe cuda. W budce lęgowej dla rudzików zasiedliły się mazurki. Nie mam im tego za złe, bo rudzik został raz na zawsze zniechęcony do zamieszkania przez sójkę, która na moich oczach napadła na rodzinę rudzików i porwała pisklę. Omal mi serce nie pękło z żalu i oburzenia, gdy zauważyłam tę akcję z okna, bo rudzikami bardzo się cieszyłam i trzymałam kciuki za ich potomstwo, tymczasem bandycki wyczyn sójki zniweczył wszystko. Od tej pory rudziki nie pokazały się w moim ogrodzie, za to mazurków mamy sporo.  Kolejne nieszczęście spotkało parę grzywaczy, która uwiła gniazdko dokładnie na wysokości drugiego okna i w takiej odległości, że można było dokładnie wszystko widzieć. Samiczka (?) wysiadywała jajka dzień i noc, ja codziennie obserwowałam gniazdo, zaczynałam dzień od oględzin grzywaczowej siedziby i z ukontentowaniem widziałam jednego z rodziców na jajeczkach. Aż któregoś dnia wracając z zakupów zobaczyłam na osiedlowej uliczce grzywacza rozjechanego przez samochód i nabrałam złych przeczuć, że to któryś z naszej parki. Tygrys optymistycznie stwierdził, że przecież grzywaczy jest dużo i to wcale nie musi być akurat ten nasz.  Jeden z nich wciąż siedział na gnieździe, ale czy nadal ma zmiennika? A jeśli nie, to jak długo  wytrzyma? 

 Wszystko wyjaśniło się na drugi dzień: grzywacz z gniazda zaczął głośno gruchać i wiercić się na gnieździe, co mnie niepokoiło, bo w ten sposób zdradzał swoje lokum, czego ptaki nigdy nie robią. To było nietypowe i niebezpieczne zachowanie. Widocznie domagał się zmiennika lub dostawy jedzenia, a trwało to cały dzień. I przeczucie mnie nie zawiodło, bo nie doczekał się, biedak,  niestety. W końcu opuścił gniazdo i usiadł na gałęzi obok patrząc na jajeczka, a dzień był wyjątkowo wietrzny i bardzo zimny. Patrzył na jajeczka i patrzył... wola przetrwania walczyła w nim z instynktem opiekuńczym. W końcu odleciał poszukać pożywienia, zostawiając jajka, które musiały się wyziębić, a to bardzo źle. Na drugi dzień Tygrys wypatrzył, że w gniazdku są tylko porozbijane skorupki. Być może kuna wywęszyła puste gniazdo i zrobiła sobie nocną ucztę. 

Po tych ptasich dramatach pocieszam się myślą, że już niedługo przylecą jerzyki. Ba! One już lecą, już są w drodze, a dzień ich przylotu to nasze małe święto, które przypada na długi majowy weekend. Gdy tylko je usłyszę lub wypatrzę, piszę sms do Tygrysa, jeśli jest w pracy, bo obydwoje na nie czekamy. Rok temu zrobiły najpierw rekonesans, oblatując dom kilkakrotnie dokoła, a następnie zniknęły na cały dzień, jakby poleciały szukać lepszych siedzib letnich. Jednak później wróciły i zostały na całe lato. Każdego wieczora przed zaśnięciem słyszałam kwilenie nad głową, bo jedno z kilku gniazd na poddaszu mają tuż obok kratki wentylacyjnej w sypialni. Jerzyki to fascynujące ptaki, które większość życia spędzają w locie. Śpią też w locie 2 lub 3 kilometry nad ziemią, ślizgając się po prądach powietrznych. Są bardzo uspołecznione, bo latają na łowy całym stadem, podczas gdy partner siedzi na jajeczkach. Ten polujący zapewnia wikt, co z czasem, gdy już się wyklują pisklęta, staje się sporym wyzwaniem. 

I tak mijają mi dni na obserwacji ptaków, na czekaniu aż szałwia i werbena zaczną kwitnąć. A póki co kwitną fiołki, bratki, brunery, tulipany, szafirki. Spacery z psem też bywają ukwiecone. Lubię się zatrzymywać w  miejscu, gdzie rośnie kilka drzew owocowych. Wystawiam twarz na wiatr i czuję delikatne białe płatki na skórze. Pod niebem pełnym cudów wdycham zapach wiosny i deszczu, starych smutków i nowych nadziei... Myślę o drzewach, ptakach, kwiatach, rzadziej o ludziach, którzy często wnoszą zamęt do mojego życia, ale taka już ich uroda. 


Grafika z sieci

czwartek, 3 kwietnia 2025

Dziewczynka




ona tam ciągle śpiewa


w splendorze swoich pięciu lat

odważnie wchodzi na scenę

wyjmuje serce

i przez cały występ

trzyma je na wyciągniętej dłoni


całkiem zapomina

o krzywo przyciętej grzywce

o starych butach po siostrze


całą duszą śpiewa o tym

o czym śnią kwiaty nad ranem

o czym gruchają gołębie

i o czym mruczą koty Izabeli


ona tam ciągle śpiewa

a jej piosenka ożywia głaz

w który ja – Dorosła chciałam zmienić serce


środa, 26 marca 2025

Osobisty Uzdrowiciel

 


Ostatnio pisałam sporo o tym, co mi dał Wschód czyli buddyzm zen, ale jakoś mniej przychylnie o tym drugim skrzydle czyli o Zachodzie, które przecież w moim przypadku urosło jako pierwsze i ma swoją niemałą moc. Owszem, Zachód ma wybujałe, monstrualnie przerośnięte ego, w dodatku pokropione wodą święconą, bo za wszystkimi podbojami i masowymi rzeziami konkwistadorów stał jakiś papież, który przybijał pieczątkę i błogosławił wyprawę. To są fakty historyczne, nie da się tego inaczej zinterpretować. Jednak czy nie jest tak, że właśnie to Zachodnie ego jest motorem postępu i rozwoju? Ta nieszczęsna chęć zaistnienia, wybicia się, potrzeba zdobycia uznania, pieniędzy, prestiżu i popularności to są wszystko  sprężyny, za pomocą których ego popycha ludzi do działania w świecie zewnętrznym, który dla buddysty jest bardziej obiektem kontemplacji, a nie polem do działania tak jak dla nas. Na pewno nie jest tak, że wynalazków dokonywano tylko dla zaspokojeniu ambicji, bo stały za tym bardziej szlachetne porywy, ale jednak gdyby nie ambicja w pokonywaniu trudności, gdyby nie chęć udowodnienia swoich teorii w praktyce, niejeden wynalazek do dziś byłby tylko mglistym pomysłem i nikomu nie służył, niejeden da Vinci, Tesla i Musk dałby za wygraną przy pierwszym niepowodzeniu, gdyby miał buddyjskie czyli małe ego. Paradoksalnie doświadczamy teraz czegoś w rodzaju syndromu Oppenheimera, genialnego naukowca, który dopiero po fakcie zdał sobie sprawę z tego, co stworzył. Oczywiście bomba atomowa była dziełem grupowym, ale to on był mózgiem niesławnego projektu ,,Manhattan" i z chwilą, gdy sobie zdał sprawę, ku czemu to zmierza i jakie przyniesie skutki, resztę życia poświęcił protestom przeciwko bombie. Musztarda po obiedzie... Bywa. 

Dopiero dzięki takim wynalazkom jak druk, kolej żelazna i Internet ludzie Zachodu mogli dotrzeć na Wschód i zobaczyć, jak tam się rozwijała cywilizacja, jak myślą ''Inni". Owszem, już w czasach Marco Polo ( nawet wcześniej ) próbowaliśmy konno eksplorować tamten kawałek globu, ale wszelka wiedza na ten temat pozostawała dostępna bardzo elitarnej grupie i nawet była pilnie strzeżona ( zwłaszcza ta dotycząca obecności szlachetnych kruszców). Tak naprawdę myśl Wschodu zaczęła przenikać na Zachód dopiero w XIX wieku i na pewno ma to związek z lepszą komunikacją.  

Ale do czego zmierzam, aczkolwiek znó okrężną drogą. ;-))  Otóż jakkolwiek przez sporą część swojej drogi szłam po śladach zostawionych przez buddystów zen, to jednak to, co mnie cały czas uzdrawia z ran emocjonalnych i co sprawiło, że mogę żyć bez Big Pharmy, jest tworem bardzo rodzimym, wypływającym z myśli Zachodu. Mam na myśli psychologię głębi z naciskiem na Analizę Transakcyjną, a zwłaszcza konkretne narzędzie jakim jest (auto)terapia dziecka wewnętrznego, której zawdzięczam nowe rozdanie w moim życiu. I co prawda nasza rodzima psychoterapia  na każdym kroku korzysta z metod buddyjskich, jednak samo odkrycie podosobowości Dziecka, Dorosłego i Rodzica, nazwanie tych obszarów psychiki ludzkiej, opisanie ich cech, funkcji, wzajemnych zależności, a przede wszystkim ich wpływu na to, co się dzieje z naszym życiem, zdrowiem i samopoczuciem, to już dzieło Zachodu, zwłaszcza Junga. O ile wiem, ojciec psychologii, Freud, nie jeździł medytować na Wschód, nawet jeśli czytywał Schopenhauera i Nietzschego, którzy ze wschodniej filozofii czerpali pełnymi garściami. Reasumując: Zachód po swojemu, zrozumiałymi dla przeciętnego Kowalskiego pojęciami opisał psychikę, natomiast metodologia pracy z emocjami i całą duchowością to już efekt dwóch i pół tysiąca lat medytacji buddyjskich mnichów. Nie chcę radykalizować, bo oczywiście są i takie metody, które wymyśliliśmy sami. Terapeuci mają arkusze obserwacji, dzienniki emocji, mnóstwo technik pracy z ciałem jak terapia tańcem, integracja sensoryczna czy metoda Lowena i od groma innych, które gdzieś mi przemykają, ale wybrałam dla siebie buddyjskie techniki oddechowe, trochę jogi i doraźnie Lowena, więc nie drążę ich zbytnio, bo ileż się można terapełcić. :) O ile wiem, mnisi buddyjscy nie tańczyli, chociaż pewności nie mam, ale wiem, że są szkoły łączące medytację z ruchem i to jest to podejście, które psychoterapia Zachodu zaleca z racji skuteczności i które sprawdziłam na sobie.

Ale jakie to ma znaczenie skąd metody pochodzą i co kto wymyślił? Liczy się efekt. W buddyzmie nie istnieje pojęcie praw autorskich, a gdyby któryś z nich go użył, tym samym zaprzeczyłby temu, że jest buddystą. Nie istniej też pojęcie grzechu i winy. Aż trudno uwierzyć, że można bez grzechu i winy stworzyć dobrego człowieka. A jednak im się to udaje. 

Podstawa jeśli chodzi o efekty to budowanie Akceptującego Obserwatora, naszego Osobistego Uzdrowiciela, który ogląda swoje Wewnętrzne Miasto i przyjmuje wszystko, cokolwiek wypełznie z zaułka, z rynsztoka, z rzeki. Każdy żebrak, każdy rzezimieszek i każde zapłakane dziecko to jakaś część naszego cienia, która domaga się bycia widzianą. Mamy tam wesołe miasteczka, speluny, ekskluzywne sklepy, salony piękności i lupanary. Są strefy ciszy, szalety miejskie, siłownie i przyjazne ławeczki w cienistych alejkach parków... Każdy zaułek ma swoją historię i teraźniejszość, swoje demony i anioły.  A wszystko to my. :) 

Kocham moje Wewnętrzne Miasto. Ostatnio mi się po raz kolejny śniło i pierwszy raz się  nie bałam,  że zabłądziłam. 


wtorek, 18 marca 2025

Dwa skrzydła

 

Mój ulubiony buddysta Ajahn Brahm. :)

Bardzo lubię dyskutować. Wymiana myśli sprawia mi przyjemność i wcale to nie musi być wymiana myśli takich samych po obu stronach. Wręcz przeciwnie, bo nic tak nie rozwija i nie poszerza horyzontów, jak poznawanie innego punktu widzenia. A każdy ma swój własny, niepowtarzalny i unikatowy punkt, z którego patrzy na świat. Wszyscy mamy jakieś wdruki i filtry, przez które patrzymy.  Bo tak już działa ludzki umysł, że szuka podobnego. Jeśli coś jest podobne do tego, co już zna, to w to mu graj, wtedy się utwierdza w przekonaniu, że jest bezpiecznie, jest ok, można wyluzować. To mechanizm, który chronił człowieka pierwotnego, przemierzającego z maczugą sawannę, przed niebezpieczeństwem. A niebezpieczeństwem mogło być praktycznie wszystko, co nieznane, inne, obce, odmienne od tego, co nasz przodek już wcześniej zdążył poznać. Mózg ludzki wiele razy na sekundę skanuje otoczenie i sprawdza, czy aby nie pojawiło się coś, z czym trzeba będzie walczyć. Człowiek zdążył się pozbyć naturalnych wrogów, żaden zwierz nam nie straszny., jednak mechanizm pozostał i nadal wszystko, co nieznane jest uznawane przez umysł za zagrożenie i nie dotyczy to tylko obcych, inaczej niż my  wyglądających osobników, ale i wszystkiego w świecie idei, co nie zgadza się z tym, co już wiemy. Obca idea, teoria, myśl  jest zagrożeniem,  bo może spowodować zamieszanie w naszej filozofii życiowej, a po co nam to? Przecież my już wiemy, jak jest. 

I dlatego na przekór tej skłonności lubię dyskutować, bo wiele razy ,,wiedziałam jak jest", a później się stukałam w głowę, jak mogłam być taka naiwna? Jak mogłam nie zdawać sobie sprawy że cośtam, jak mogłam nie rozumieć, nie zauważać, że przecież... No mogłam, bo akurat wtedy nie byłam gotowa, żeby spojrzeć na jakiś temat od innej strony, z innego ( cudzego) punktu widzenia i w tamtym momencie potrzebowałam się trzymać swoich filtrów, swoich poglądów i swoich wdruków, bo to dzięki nim przetrwałam nie zwariowawszy uprzednio, aczkolwiek jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa. ;-) 

Tak więc dawno zeszliśmy z drzew, opuściliśmy sawannę na rzecz betonowej dżungli, ale mamy ten sam przestraszony, skanujący otoczenie i szukający potencjalnego zagrożenia mózg. Co z tego, że zamieniliśmy maczugi na karabiny maszynowe, wymyśliliśmy smartfony,  Chata GPT,  geolokalizację, GPS skoro nasz umysł nadal się boi i szuka zagrożenia. I widzi je nawet w kimś, kto myśli inaczej. Ba! Już sama myśl, nawet tylko przeczytana, jest w stanie wywołać hejt, co na portalach jest nagminne i skutecznie mnie od nich odstręcza. I tu dochodzę do sedna: staram się wykorzystać ten mechanizm do tego, żeby rozpoznać "przeciwnika".  Zwyczajnie zrozumieć jego, inny niż mój, punkt widzenia, inny system wartości,  bo jeśli to zrozumiem i dotrze do mnie, że ktoś ma prawo tak myśleć, bo z innego miejsca patrzy, więc widzi pod innym kątem, ma inne doświadczenia po prostu, to ten gadzi mózg, który wiecznie tropi niebezpieczeństwo, robi się jakby bardziej ludzki czyli przyjazny, nastawiony na współpracę w szukaniu odpowiedzi, a nie na udowadnianie, że  mój karabin szybciej strzela, więc lepiej nie ryzykuj. I dlatego lubię dyskutować, bo to mnie rozwija, a po to na tej planecie jesteśmy. 

A propos poprzedniego wpisu o buddyzmie: nie jestem buddystką. A gdzie tam! Wczoraj zeżarłam kawał mięcha na obiad, a na pająkach i komarach dokonuję rytualnych mordów. Rasowy buddysta tego nie zrobi. Rasowy buddysta nie pójdzie też na wojnę, bo jemu nie wolno zabijać nawet w imię wiary, co katolicy robią namiętnie i nawet potrafią być z tego dumni. Wystarczy przekartkować podręcznik do historii: krucjaty, lochy i stosy Inkwizycji, masowe pogromy innowierców,  wojny religijne, rzezie plemion rdzennych Ameryki Południowej z imieniem Chrystusa na ustach, podbój Ameryki Północnej i przymusowa "chrystianizacja" w szkołach z internatem, że już nie wspomnę o Legionie Chrystusa w naszych czasach. Ufff... Zachód działa w świecie zewnętrznym i ,,czyni sobie ziemię poddaną" po trupach. Teoretycznie chce naprawiać świat, ale czy ten świat od zabijania w imię Boga jedynego stał się lepszy? Serio? Tymczasem buddyści idą w przeciwnym kierunku: uprawiają własne poletka, a nie cudze. Oni świat obserwują, zamiast go naprawiać, obdarzają innych akceptacją, zamiast ich zmieniać, patrzą do środka, w głąb własnej duszy i próbują panować nad zakusami własnego zachłannego ego. Najważniejszymi cnotami buddyjskimi jest współczucie, miłująca dobroć i wyzbycie się pożądań ( żądzy władzy, posiadania dóbr, podziwu, uznania...). Brzmi dziwnie znajomo, bo to są również cnoty chrześcijańskie. I tu doszłam do paradoksu, bo wyszło na to, że buddyści są bardziej chrześcijańscy niż sami chrześcijanie, którzy z tych samych pięknych postaw i wartości zrobili karykatury. 

I jak tu żyć? 

Dlatego myślę, że cywilizacja Zachodu bardzo pilnie potrzebuje buddyjskiego detoksu, a coraz więcej ludzi to rozumie. Potrzebujemy spojrzenia w głąb własnej duszy, uspokojenia ego, dialogu ze sobą samym, nie zawsze z Bogiem czy spowiednikiem,  a już na pewno nie z tym, co piszą media, bo wiadomo, że piszą po to, żeby nakręcać spiralę niepokoju i tak już naciągniętą do granic. Nie mam na myśli jakichś radykalnych praktyk czyli medytowania po kilka godzin dziennie, bo na to mogą sobie pozwolić tylko mnisi w sangach. Chodzi mi przede wszystkim o pielęgnowanie  pokoju we własnej głowie. Przecież to Chrystus przyniósł na świat pokój, więc gdzie on jest? Co myśmy z nim zrobili? Może warto zapukać do sąsiednich drzwi,  do buddystów, bo oni go mają, celebrują o 500 lat dłużej od nas i z lepszym skutkiem. 

Dzięki medytacji mam spokojniejszy umysł, co jakiś czas sama siebie sprawdzam, czy nie przybywa mi przywiązań i jeśli tak, to próbuję poluzować sznureczki, za pomocą których przywiązania kiedyś miały mnie, a teraz to ja mam przywiązania ( na oku). Z buddyzmu mam również poczucie bycia częścią wielkiego, żywego organizmu, z którym jestem połączona, a to mi bardzo poprawia poczucie bezpieczeństwa, zaufania do życia i zakorzenienia w czymś większym. 

Myślę, że chrześcijaństwo daje nam jedno skrzydło, ale buddyzm może nam dać drugie, skoro to pierwsze sobie nadwyrężyliśmy zdobywając świat. Z dwoma skrzydłami lepiej się lata. 




piątek, 14 marca 2025

I love buddyzm

 



Być może dziwnie i zgoła pokrętnie zabrzmię w tym wpisie w kontekście przedostatniego, który dotyczył mojej wizji Boga, ale trudno Się mówi. To temat wielce złożony i zawiły, a dla mnie ciągle obecny gdzieś w tle wszelkich poczynań, a już zwłaszcza w poszukiwaniu drogi do siebie. Mieć wtyczkę do świata kosmicznej energii to mieć dodatkowe wspomaganie, turbo, tuning, zapasowy akumulator w bagażniku, a ponieważ trafiło mi się życie z dużymi przeciążeniami, w trakcie którego często a gęsto jechałam na oparach, więc wezmę wszystko, co mi zapewni wsparcie i doładowanie. Moja Niegrzeczna Dziewczynka działała na baterie słoneczne jeszcze czasach, gdy nikt w Rzeczpospolitej o solarach nie słyszał, a jeśli nawet, to ich nie posiadał. A więc nawet postać literacka czerpała spoza siebie, gdzieś z góry. Były to zamierzchłe czasy i nawet annały Klanu Papierowych Kulek nie wspominały o fotowoltaice, której emisariusze tak nas obecnie nękają by phone, namawiając na instalację. Tyle tytułem wstępu, bo coś mnie poniosło w wielosłowie. Do brzegu zatem.

Za co kocham buddyzm? Za to, że nie każe mi cierpieć. Mnie, katoliczce z dziada pradziada, dla której cierpienie  było nobilitacją, bo przecież cierpiał dobrowolnie sam Chrystus na krzyżu, męczeńska śmierć to przepustka do nieba, zbawcza moc, w której i my mamy szansę mieć swój udział. Dla katolika to przywilej, za który można zostać świętym, a już na pewno zasiąść po prawicy Boga, czyli zbliżyć się do Niego, łącząc swój ból z Jego bólem i tym samym mając swój udział w zbawianiu świata. Nic, tylko cierpieć zatem. Taka postawa sprawia, że wyrzekanie się cierpienia to wręcz świętokradztwo.  

Zgoła odmiennie do cierpienia podchodzi buddyzm. W buddyzmie doświadczanie cierpienia to coś, co świadczy o niskim poziomie świadomości człowieka. Cierpienie w filozofii buddyjskiej jest czymś, co należy poznać, zrozumieć i odpuścić poprzez rozliczne i często dla nas, ludzi Zachodu, trudne do zrozumienia praktyki mentalne. W zasadzie cały buddyzm jest o tym, jak wyjść z cierpienia, bo Budda, młodziutki książę z królewskiego rodu, odrzucił życie w zbytku i  beztrosce, gdy wyszedł z pałacu i zobaczył swój lud pogrążony w cierpieniu duchowym i fizycznym bólu. Myślę, że Budda musiał być WWO czyli osobą wysoce empatyczną, bo inaczej nigdy by nie usiadł pod tamtym figowcem i nie dumał dotąd, aż wydumał, co leży u podstaw cierpienia. A co leży? Przywiązanie. Bardzo szeroko rozumiane przywiązanie nie tylko do rzeczy materialnych i ludzi, ale też do własnych wyobrażeń, marzeń, pożądań, oczekiwań, iluzji na temat świata i ...uwaga! siebie samego. Jest to bardzo skrótowa i na pewno spłycona wersja Czterech Szlachetnych Prawd, ale nie sposób w ramach krótkiego wpisu rozwinąć temat, zresztą nie ma po co, skoro jest Wikipedia i mnóstwo innych materiałów. Bardzo często spotykam się z tym, że ludzie uważają buddyzm za religię, bo posążek Buddy i oddawanie mu pokłonów kojarzą się z kultem religijnym. Tymczasem sama dawno temu byłam zdziwiona, gdy się dowiedziałam, że to pokłon oddawany mądrości i wiedzy nauczyciela, a nie komuś, komu się przypisuje boskość. Budda to nauczyciel, nie Bóg. Owszem, buddyści mają swoje rytuały, nie obeszło się bez tego, bo przecież Budda żył około 5 wieków przed naszą erą i nie robił notatek, więc gorliwi wyznawcy doklejali własne pomysły do jego nauk, co i w chrześcijaństwie ma miejsce. Ale rdzeń pozostał: Budda skupił się na tym, aby dać ludziom metody pozwalające żyć bez cierpienia. To wszystko obrosło indywidualnymi interpretacjami poszczególnych patriarchów, rozpadło się na różne szkoły i ścieżki, ale i tak wiedzie do tego celu, który wyznaczył Budda czyli do życia bez cierpienia.

No i właśnie za to kocham buddyzm, że mnie zainspirował do poszukiwania wyjścia z labiryntu własnych uwikłań w cierpienie. To medytacja buddyjska mi uświadomiła, że można, że są sposoby na to, aby ból egzystencjalny poszedł sobie w swoją stronę, a mnie zostawił w spokoju. Tak naprawdę to był dla mnie punkt zwrotny, bo wtedy dopiero dostrzegłam światełko w tunelu, które pokazywało, że człowiek ma wszystko to, co jest potrzebne, żeby sobie pomóc, nie czekając, aż go inni uratują, aż świat będzie lepszy, nie chodząc po kolejną porcję psychotropów do apteki... A później, gdy odkryłam pracę z dzieckiem wewnętrznym, gdzie również się medytuje,  wszystko zaklikało i zaprocentowało. 

I tym optymistycznym akcentem... :) 


Ps. Wybaczcie, jeśli są jakieś literówki lub inne błędy, ale nie mam cierpliwości szlifować tekstu, bo jak już zacznę, to w końcu nic nie opublikuję. :D 


piątek, 21 lutego 2025

Białe zęby i nie tylko

 




Nie do wiary jak ten czas leci! Wydawało mi się, że niedawno zamieszczałam wpis na blogu, tymczasem patrzę na datę, a to już dwa i pół tygodnia. :-o Na szczęście nie ma żadnej normy do wyrobienia, więc luzik. Cieszy mnie to, że już nie czuję presji, bo powinnam tu coś zamieścić. Dawniej miałam wkręcone, że to jakaś ,,powinność" i z czasem ta ,,powinność" mnie zaczęła męczyć i zniechęcać do aktywności. A więc trzymam się zasady, że nic nie muszę, ale wszystko mogę. Jak miło mieć blog. :) Aczkolwiek tej zimy ogarnął mnie jakiś marazm umysłowy. Nie chce mi się pisać, myśleć, tworzyć, kreować... Trochę sobie za to dowalałam, poganiałam Się, ale moje Się jest przewrotne i im bardziej jest popychane, tym bardziej wskakuje na wsteczny bieg. No więc odpuściłam i trwam sobie. Widocznie tak ma być.  Obserwuję ptaki, bawię się z psem, opiekuję się synem, obmyślam, jakie kwiaty zasadzić na wiosnę. Jestem. 

No i jak każdej zimy dużo czytam. 

Ostatnio skończyłam ,,Białe zęby" Zadie Smith i powieść bardzo mi się podobała. To moja pierwsza książka tej autorki, chociaż od dawna gdzieś się przewijała w moich planach czytelniczych, ciągle spychana na dalszy plan. Wreszcie przeczytałam i na pewno sięgnę po coś więcej, bo niewielu jest autorów podchodzących z taką swadą i poczuciem humoru do tematów trudnych, wręcz traumatycznych, a na pewno skomplikowanych i wieloaspektowych. Piszę mianowicie o problemach asymilacyjnych, które co prawda w przypadku różnic rasowych teoretycznie przebrzmiały, ale w kontekście kryzysów imigracyjnych okazuje się, że to wciąż są tematy aktualne, powracające w kolejnych odsłonach, a wyzwalające bardzo skrajne emocje. Ponadto autorka pisze z perspektywy imigrantów, próbujących jakoś się odnaleźć w innej rzeczywistości, obcej kulturze.  Powieść opowiada o rodzinach dwóch przyjaciół: Anglika Archiego wyznania anglikańskiego i Samada, Bengalczyka wyznania muzułmańskiego. Ciekawie został poprowadzony wątek bliźniaków, synów Samada. Otóż ojciec próbuje swoim synom za wszelką cenę przekazać własne tradycje religijne i rodzinne, nauczyć ich wiary w Allaha i oddawania mu czci. W tym celu jednego z synów, tego o dwie minuty starszego, tego który jest grzeczniejszy, inteligentniejszy i lepiej się zapowiada, wysyła do Bangladeszu, żeby chłopiec mógł rozwijać prawowitą wiarę  i zostać imamem. Ojciec chce uratować swoje dziecko przed narkotykami i całym zepsuciem Zachodu. Robi to w tajemnicy przed żoną, o zgrozo. Wysyła lepszego z synów, bo nie stać go na bilet lotniczy dla obu. Bliźniak, który został w Londynie, zakłada bandę, która ostro rozrabia: ćpanie, straszenie ludzi, drobne przestępstwa, chociaż raczej z potrzeby wyładowania gniewu i dla szpanu niż z chęci skrzywdzenia kogokolwiek, co utwierdza ojca w przekonaniu, że na imama przeznaczył właściwego/lepszego bliźniaka. Jakież jest jego rozczarowanie, gdy się okazuje, że bliźniak wysłany do Bangladeszu rozwija się w zgoła innym kierunku i z czasem wyrasta na Europejczyka zafascynowanego możliwościami współczesnej nauki, w dodatku lubi wieprzowinę, co dla ojca jako prawowiernego muzułmanina jest ciężkim ciosem. Jak na ironię ten syn, który ćpał i szalał ze  swoją bandą w Londynie, z czasem wstępuje do ortodoksyjnej organizacji muzułmańskiej.  A więc życie napisało własny scenariusz i dało ojcu po nosie w temacie wychowania, aczkolwiek mimo humorystycznego stylu tej prozy, Samad jest to postać tragiczna. Bardzo kochał swoich synów, dla nich tyrał jako kelner, drżał nad ich rozwojem, troszczył się o nich jak mógł, chciał jak najlepiej, a wyszło jak wyszło. I tu brawa dla autorki, że uniknęła patosu i pokazała wędrówkę duchową tej postaci z pełnym ciepła dystansem i biglem. Bo czy warto brać te wszystkie dramaty aż tak serio? No nie. 

Warto zaufać życiu. Wygrywają ci z nas, którym się to udaje. 

Ostatnio wysłuchałam wywiadu z raperem, który w napadzie autodestrukcji i chyba będąc  na haju kazał sobie wstrzyknąć tusz do tatuażu w gałki oczne. Na 26 dni stracił wzrok, ale na szczęście odzyskał. Twarz tego człowieka to rozjeżdżony, zbombardowany poligon, na którym życie testowało broń silnego rażenia: blizny, zrosty, tatuaże, cytaty... Jakaś dziewczyna, która śpiewała u niego w chórku, powtórzyła eksperyment z tuszem w gałkach ocznych i  straciła wzrok na zawsze. Słuchałam jego opowieści i myślałam sobie, że mnie jednak życie potraktowało łagodniej. Moi rodzice nie ćpali, nie musiałam kraść i ukrywać kasy przed nimi, żeby nie kupili za nią wódy. Mama mnie nie zawiozła do poprawczaka tak jak jego... Dziękuję ci życie, dziękuję ci mamo, że lepiej ogarniałaś niż tamta kobieta. 


wtorek, 4 lutego 2025

Co wolno wojewodzie.

 

                                

Tak już mam, że zadaję pytania i szukam odpowiedzi. Od dzieciństwa zwyczajem wszystkich dzieci,  pytałam o różne sprawy, których nie rozumiałam. Miałam niewyparzony język, byłam wyczulona na wszelki dysonans między tym, co dorośli deklarują i wymagają, a tym co sami robią. Zawsze coś się nie zgadzało, ale w mojej rodzinie załatwiano to powiedzonkiem ,,Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie". Krótka piłka i smród musiał milczeć. Upokorzony, sprowadzony do parteru i chowający swój bunt w najgłębszych odmętach podświadomości schodził z drogi i zastanawiał się, jak to zrobić, żeby nie kłamać, a mimo to jakimś cudem zadowolić rodziców. Jeszcze w wieku przedszkolnym wszystkich to moje pytanie bawiło, ale z czasem przestało, bo przecież król nie może być nagi, a nawet jeśli jest, to i tak trzeba podziwiać jego przepiękny gronostajowy płaszcz. Powaga urzędu nie może ucierpieć na skutek prostego stwierdzenia oczywistych faktów przez dziecko, no bez jaj! Jeśli fakty nie pasują do odgórnych założeń, to precz z faktami. Dorosły/Prestidigitator/Bóg wie lepiej. A dzieciak? ,,Marsz! do swojego pokoju" - tak na moje pierwsze odkrycia na temat świata dorosłych reagowała mama. Chyba na jakiś czas dorosłym się udało wyplenić ze mnie tę straszliwą zarazę zadawania pytań. Tę zgniliznę spontaniczności, wolnomyślicielstwa i intelektualnej odwagi w wyłapywaniu sprzeczności. Chyba im się udało zaszczepić mi Wartości Religijne, bo w liceum działałam w ruchu oazowym, chodziłam na pielgrzymki, angażowałam się w organizację różnych imprez artystycznych w środowisku okołokościelnym. Serio. Oczywiście wszystkie pierwsze piątki i ósme czwartki odhaczone łącznie ze spowiedzią. Różańce i majówki też. Akurat do majówek i różańców mam sentyment do dziś i jeśli zdarzy mi się - a zdarzy, aczkolwiek raz na ruski rok - zabłądzić do kościoła, to na majówkę lub różaniec, bo to nabożeństwa, które mi się kojarzą z buddyjską mantrą. Mają swój klimat, trzeba przyznać, a woń kadzideł powoduje, że naprawdę czuję obecność Siły Wyższej. Doświadczam tego rzadko i najczęściej wśród drzew, w głębokiej ciszy, ale prawda jest taka, że jakaś część mnie ciągle szuka wtyczki do nieba, chociaż druga część mocno trzyma się ziemi. Czy tam, w górze ktoś jest czy nie, nikt z nas się nie dowie, ale myślę że lepiej dla człowieka, żeby wierzył (nie mylić z fanatyzmem i cierpiętnictwem).  Wiem, bo przeszłam długą fazę całkowitego materializmu i to był cholernie trudny czas, między innymi dlatego, że przytłaczał mnie totalny bezsens wszelkich działań, no bo skoro człowiek to tylko mięso, to po co to wszystko? Ale to minęło, całe szczęście. Za mocno miałam wkręconą religię w czasach szkolnych, więc siłą odrzutu musiałam zbadać, jak jest na drugim krańcu. Jest ciężko. 

A teraz?

Teraz to ja jestem wojewodą. Ha!  I pytam, bo kto mi zabroni? I skąd na to weźmie ludzi? :)  Szukam, badam. Ciągle próbuję zaglądać przez dziurkę od klucza na Drugi Brzeg.

 Gdzie jesteś, króliczku? 

Czym/kim jesteś? 

Jesteś? 

Nie potrafię przestać, chociaż tak naprawdę ta wiedza nie jest mi już chyba potrzebna. bo zeszłam na niższy poziom, do czucia, królestwa Intuicji i tutaj jestem u siebie. Wewnętrzne Miasto staje się coraz bardziej widoczne, nie tonie w takim mroku jak kiedyś.  Czuję życie tak, że jestem częścią jakiejś większej całości. Chwile, w których tego doświadczam, są po prostu oszałamiające, zważywszy na całą kolorową różnorodność, jaką w ofercie ma dla nas Świat. ,,Te chaszcze i paszcze, i leszcze, i deszcze. Bodziszki, modliszki - gdzie ja to pomieszczę? " Teraz dla mnie Bogiem jest cały Świat i w tym znaczeniu ja jestem fraktalem Boga, jakąś jego komórką. Moje osobiste sacrum nie leży na ołtarzu, nie potrzebuje kościoła, kapłana w liturgicznych szatach, złotych kielichów ani teatralnych gestów, żeby się objawić. Potrzebuje tylko mnie w dowolnych dekoracjach. W tej właśnie chwili, stukając w klawiaturę, pisząc ten tekst, co chwilę przerywam, nasłuchuję, próbuję poczuć tę cieniutką jak pajęczyna nić, która mnie łączy z tym ogromem Boga/Świata i ciągle czuję jakiś transfer, jakieś pulsowanie. Coś do mnie po tej nici płynie, jakaś energia pochodząca od czegoś większego niż ja.  Jak pająk tkam swoją sieć, rozpinam ją na wszystkie strony i próbuję łowić drgania. Dzisiaj, gdyby jakieś dziecko mnie zapytało, jak wygląda Bóg, powiedziałabym, że nie wiem, może tak samo jak wiatr. 

Macie jakieś własne wyobrażenie Boga? 


Fot. z sieci

czwartek, 9 stycznia 2025

Portret damy

 



Isabel jest młoda, piękna, inteligentna i przede wszystkim spragniona doświadczania życia całą sobą. Mieszka sama z nieliczną służbą w dużym, starym domu w Albany, który odziedziczyła po ojcu. Tam, schowaną w zaniedbanej bibliotece rodzinnej, siedzącą w ogromnym fotelu i zaczytaną, znajduje ją podstarzała ciotka, która postanawia zająć się bratanicą, zabierając ją na Stary Kontynent, aby dziewczyna zobaczyła trochę świata, nabrała poloru i być może poznała kogoś interesującego, kto zechce poślubić pannę ze skromnym posagiem. Ku wielkiemu zdziwieniu tym człowiekiem, po tygodniu znajomości,  okazuje się lord Warburton, właściciel ziemski, posiadacz ogromnej rodowej fortuny, któremu nie przeszkadza niska pozycja i brak majątku dziewczyny. Jeszcze większym szokiem jest odmowna odpowiedź Isabel, która uznaje, że woli zasmakować niezależności, najpierw poznać świat i życie, zanim się zwiąże węzłem małżeńskim, nakładającym na nią wiele obowiązków towarzyskich i społecznych, z racji wysokiej pozycji społecznej lorda. Wizja awansu towarzyskiego, społecznego i finansowego nie stanowi dla niej dostatecznej pokusy, aby się zrzec własnej niezależności i możliwości decydowania o tym, czemu pośwqięcać swój czas. Życie Isabel wskakuje na inne tory, gdy sama zostaje posiadaczką wielkiego majątku, zapisanego jej nieoczekiwanie przez stryja bankiera. Dziewczyna realizuje swoje wielkie marzenie o podróżach, ale już na początku tych peregrynacji poznaje człowieka niemajętnego, o wysmakowanym zmyśle estetycznym, kolekcjonera dzieł rzadkich i cennych Gilberta Osmonda. I od tej chwili zaczynają się dziać dziwne rzeczy.  W zasadzie od mniej więcej połowy książki to już jest portret nie tylko damy, ale też studium psychologiczne męskiego narcyzmu. Zjawisko znane współczesnej psychologii aż za dobrze, aczkolwiek autor Henry James go nie definiuje, co najprawdopodobniej wynika to z faktu, że w czasach, gdy powieść została napisana (1881 r.), psychologia raczkowała i ten termin z obecnymi konotacjami nawet nie istniał. Ciekawe jest, jak wnikliwej wiwisekcji poddał autor narcystyczną osobowość, podkreślając jej wysublimowane upodobania artystyczne i siłę oddziaływania, która potrafi swoimi manipulacjami zdominować nawet osobę o silnej osobowości, myślącą bardzo niezależnie.

 Większość tej prozy to partie wszechwiedzącego narratora, który analizuje stany psychiczne i sposób rozumowania postaci, uwzględniając najmniejsze drgnienia duszy. Nic dziwnego, że mi przypadła do gustu, albowiem nurzam się w psychologii i nie ukrywam, że coraz bardziej mnie wciąga.  Kiedyś może bym przez tę prozę nie przebrnęła, ale teraz czytałam z zainteresowaniem, bo mimochodem, przy okazji różnych swoich procesów autoterapeutycznych i poszukiwań zjawisko narcyzmu bliżej poznałam, więc już wiedziałam, z czym mam do czynienia. Otóż narcyzm to nie tylko ,,zakochanie we własnym odbiciu" i próżność związana z wyglądem czy charakterem, jak to się potocznie uważa. Narcyzm to poważne zaburzenie osobowości ( NPD), do którego dochodzi we wczesnym dzieciństwie i które może być w skrajnych przypadkach niebezpieczne dla otoczenia. Narcyzm to cały kompleks mechanizmów obronnych, które zostały wytworzone w celu przetrwania w zagrażającym środowisku rodzinnym. Dziecko, aby zyskać aprobatę matki, która dla niego jest jedyną gwarancją przeżycia, wykształca sztuczną osobowość całkowicie podporządkowaną jej oczekiwaniom często nierealnym. Takie dziecko, żeby nie zostać odrzuconym i przeżyć, samo odrzuca swoje prawdziwe ja i tworzy sztuczną personę, żeby zadowolić matkę. W dorosłym życiu ta sztuczna persona czy maska, służy mu do rozgrywania interakcji ze światem. Prawdziwe ja zostaje zniszczone, zepchnięte do podświadomości i zatrzymane w rozwoju na poziomie 2- 3 latka, a świat widzi tylko maskę. I  wtedy mamy do czynienia z ''dorosłym'' człowiekiem, często bardzo atrakcyjnym, kompetentnym, pewnym siebie i zdawać by się mogło dojrzałym emocjonalnie, ale pustym w środku. Kimś takim właśnie jest Gilbert Osmond, człowiek, który do perfekcji opanował sztukę uwodzenia. Dzięki swojej atrakcyjności fizycznej i intelektualnej ktoś taki robi partnerowi rollercoaster emocjonalny i mówiąc kolokwialnie takie pranie mózgu, którego ostatecznym celem jest przejęcie osobowości partnera. Narcyz czuje, że ma w środku dziurę i próbuje ją zapełniać energią pobieraną od drugiej osoby. Jak trudnym staje się przeciwnikiem przekonała się Isabel, która została osaczona i zawłaszczona do tego stopnia, że z kogoś pełnego  otwartości i zachwytu nad światem, przeobraża się w osobę pozbawioną energii, z podciętymi skrzydłami, zależną psychicznie i zwyczajnie nieszczęśliwą. Nie chcąc spojlerować  zakończenia nie zdradzam, powiem tylko, że decyzję Isabel bardzo sugestywnie pokazała w wersji filmowej Nicole Kidman, która wcieliła się w rolę tytułowej bohaterki i zagrała ją świetnie. Tak wyraziste a zarazem nienachalne pokazanie emocji samą twarzą, często w scenach bez słów, robi wrażenie i przykuwa do monitora. Wrażliwy odbiorca będzie z pewnością przeżywał to, co filmowa Isabel.  Natomiast rolę Gilberta Osmonda odtworzył nie kto inny jak sam John Malkowich, który w ,,Niebezpiecznych związkach" swoją grą pokazał takie niuanse, że rola Osmonda była jakby szyta na miarę jego talentu. Reżyserką filmu z 1996 roku jest Jane Campion, ta sama, która reżyserowała mój ukochany ,,Fortepian"  więc do obejrzenia zasiadłam z tym większym zaciekawieniem, zwłaszcza, że film odkryłam dopiero teraz, po tylu latach od jego powstania! I nie rozczarowałam się. Nie są to może te rejestry, jakie reżyserka osiągnęła w 3 lata wcześniejszym ,,Fortepianie", ale na pewno warto obejrzeć z zastrzeżeniem, że ani książka, ani film, nie są przeznaczone dla miłośników akcji, gdyż tam się co prawda dzieje bardzo dużo, ale głównie na planie wewnętrznym czyli w emocjach i psychice bohaterów. I to są te smaczki, które akurat ja lubię jako miłośniczka XIX - wiecznej prozy. 

A poza tym macham do Was skrzydłem i pozdrawiam w ten deszczowy i szary dzień. :) 

czwartek, 2 stycznia 2025

Kobieta przed lustrem


 


najpierw poprawia włosy

sprawdza czy nie ma siwych

zwilża językiem wargi

wtedy lekko lśnią


później wsłuchuje się w siebie

a gdy tam usłyszy syreni śpiew

tylko się uśmiecha


we wstecznym lusterku widzi swoje życie

złamane obcasy i przysięgi

nadzieje w stanie upadłości

niespodziewane zwycięstwa


myśli: co jeszcze warto?


płonąć jak cygaro w palcach mężczyzny

czy pościerać popiół?




Fot. z sieci


poniedziałek, 30 grudnia 2024

Fortepian 2025 ( Historie rodzinne cz. 15)

 

Ten film dosłownie wbił mnie w fotel, gdy go obejrzałam, chociaż tak naprawdę zrozumiałam jego przesłanie dopiero po długim czasie. Ale zanim zrozumiałam, wielokrotnie powracała do mnie pewna scena. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że kiedyś przyjdzie mi ją w sensie metaforycznym odtworzyć, że za ileś lat będę Adą McGrath. Że stracę więź z własną duszą, bo fortepian w tym filmie dla mnie symbolizuje duchowość, duszę, możliwość wyrażania własnej indywidualności i życia w zgodzie z tym, co w nas najgłębsze. W chwili, gdy człowiek traci kontakt z własną głębią,  zaczyna obumierać. Zaczyna tonąć, a może bardziej adekwatne byłoby powiedzieć, że zaczyna się ślizgać po powierzchni jak pająk wodny lub jętka, ale to też jest forma umierania. Niektórzy zdają sobie z tego sprawę, a niektórzy nie. Ja wiedziałam, ale nie miałam pojęcia, jak tego uniknąć, myślałam, że ta lina wokół kostki nigdy się  nie rozluźni. Miałam przebłyski, jakieś iskierki pragnienia, żeby się z tego wyrwać, ale szarpiąc się, robiłam wokół siebie tylko sporo piany i nic więcej. 




Wracając do filmu... Fortepian był dla Ady środkiem komunikacji z otoczeniem, muzyka była tym językiem, za pomocą którego mogła wyrażać siebie, swoją unikatowość i nieuchwytność. W kulminacyjnym momencie, gdy fortepian tonie, Ada postanawia razem z nim iść na dno, bo po co ma żyć, nie mogąc komunikować się ze światem we własnym języku, języku swojej duszy. Tylko muzyka była w stanie oddać całą głębię jej natury, bo ludzki język, którym się posługiwała tylko na piśmie, nie znał odpowiednich słów. Dlatego w chwili, gdy fortepian tonie, kobieta dobrowolnie postanawia utonąć razem z nim, bo po co żyć bez możliwości wyrażania siebie? W długiej podwodnej scenie Ada bezwładnie opada, topi się przywiązana liną za nogę w kostce do  ukochanego instrumentu. Nie próbuje walczyć o życie, jest bezwolna. Ale w chwili, gdy już jesteśmy pewni, że to koniec historii, nagle coś się w niej budzi: zrzuca z nogi but razem z liną i ostatkiem sił zaczyna poruszać rękami, żeby wypłynąć na powierzchnię. Pozwoliła się wciągnąć pod wodę, jakby chciała przetestować życie, czy ono nadal chce się objawiać w formie, którą świat w oficjalnym języku nazwał Adą McGrath? I życie powiedziało TAK! Będę się nadal urzeczywistniać poprzez osobę Ady!  I ja też powiedziałam życiu TAK, bo czemu nie? Póki życia póty nadziei, a przecież  Żwirek i Muchomorek wiedzą, że nadzieja zawsze umiera ostatnia. Nawet miś Koralgol o tym wie. :) 

I tej nadziei Wam wszystkim życzę z okazji Nowego Roku. 

Niech zwycięża nadzieja, bo czemu nie? 

To nadzieja sprawia, że dryfujemy między rafami koralowymi i mieliznami, nadzieja powoduje, że nawet jeśli nasza łódka nabiera wody, potrafimy ją cierpliwie wylewać, łatać dno, cerować poszarpane żagle, chwytać za wiosła lub stery i wyruszać w swoją wielką podróż każdego dnia na nowo. Fabryka Ciągów Dalszych ciągle pracuje pełną parą, a póki co, można się zdać na Ciągi Bliższe: obserwowanie chmur, obejmowanie drzew, smakowanie cynamonowej herbaty... Być może uwikłani w codzienność, w miałkie tematy i prozaiczne sprawy, tracimy z oczu ten odległy horyzont z pomarańczową kulą zachodzącego słońca, ale przecież wystarczy na chwilę oderwać myśli i wzrok od podłogi, żeby poczuć tę ogromną przestrzeń, która woła w nieznane. Tak, to głos Twojego osobistego oceanu. Jest cichy, więc wyłącz rozpraszacze i posłuchaj własnej głębi, usłysz melodię swojej duszy... Piękne jest to, że jeśli ktoś raz usłyszał ten dźwięk, ten nieporównywalny z niczym innym śpiew  zmieszany z szumem fal i nutą nostalgii, ten nie będzie tańczył nawet najpiękniejszego kadryla do cudzej orkiestry, tylko popłynie własnym kursem.

To najlepsze, co można usłyszeć i tego Wam życzę na Nowy Rok. :) 

piątek, 27 grudnia 2024

Czarna Dama ( Historie rodzinne cz. 14)

 


W mojej rodzinie depresja ma dość długą tradycję. Nie wiem, skąd się wzięła, kto pierwszy popełnił ten fatalny błąd i otwierając przed nią drzwi, wpuścił na pokoje, zamiast poszczuć psem i przepędzić na cztery wiatry, nim zbierze swoje żniwo. Depresja to demon, który sobie nas upodobał z powodów mi nieznanych, ale najwyraźniej między nami znalazł sprzyjające warunki i próbował zostać na zawsze jak Czarne Damy w nawiedzonych zamkach. 

Na zawsze? Nie ze mną takie numery, Bruner. ;) 

Ale wracając... Najpierw był dziadek ze strony taty. Jego bardzo dobrze pamiętam, o nim wiem. Już później, później... jak już było po wszystkim, po dochodzeniu i po pogrzebie, babcia opowiadała, że zaczął się dziwnie zachowywać. Godzinami przesiadywał na krześle i patrzył w ścianę. Siedział i siedział, a życie toczyło swoje leniwe wody jakby obok niego. Tkwił tak cały dzień, a później już był wieczór, więc szedł spać. Gdyby mu nie przypomniała, że trzeba coś jeść, najpewniej by nic nie jadł. Pamiętam go w kapeluszu i szarym eleganckim prochowcu, którego poły powiewały jak dwa żagle na wietrze i ukazywały czarne, wyprasowane w kantkę spodnie. Do tego wypastowane czarne buty i aktówka. Elegancik ze szlacheckim rodowodem, jak z przekąsem mawiała o nim mama, bo ona z chłopów małorolnych, więc ją to trochę kłuło. Odkąd zaczęło się to jego dziwne przesiadywanie, prochowiec smętnie wisiał w szafie, a spodnie wypchały się na kolanach od siedzenia. Babcia nie znała słowa ,,depresja", mało kto je wtedy znał. Dla niej to było tylko dziwactwo, jakich dziadek miał wiele. Ale pewnego dnia dziadek gdzieś się zapodział. Babcię zaskoczyło nagle puste krzesło, brak prochowca i aktówki w szafie... Panika. Bo przecież siedział i siedział, wszyscy uznali, że tak będzie już zawsze. Dziadek tymczasem przepadł jak kamień w wodę. A gdy został znaleziony, już nie żył. Prokuratura wydała orzeczenie, że popełnił samobójstwo. To było na kilka dni przed moją Pierwszą Komunią. Na pamiątkowym komunijnym zdjęciu cała rodzina jest na czarno, podkrążone oczy,  pogrzebowe miny, tylko ja w białej sukience z niepewnym uśmiechem, bo ksiądz mówił, że to radosne wydarzenie, a tu...   

Następny był  mój tata czyli jego syn. Nie wiem, kiedy to się u niego zaczęło. Kiedy wykiełkowało to parszywe ziarno rozczarowania światem i ludźmi, w którym momencie diabeł zmącił jego umysł na tyle, że przestał dostrzegać dobro. Nie pamiętam kiedy ciemność wzięła górę nad światłem i  zaczęła się rozlewać jak smoła po jego myślach i sercu, zapuszczać macki w najgłębsze obszary duszy.  Może wtedy po śmierci dziadka, po mojej komunii? A przecież  widywałam go radosnego. Bywał duszą towarzystwa, potrafił być zabawny, sypiący dowcipami jak z rękawa, szarmancki względem kobiet, prawiący im komplementy, od których się rumieniły. Taki był tatuś z mojego dzieciństwa. I w pewnym momencie, który przegapiłam, coś w nim musiało pęknąć, zaczął spadać, staczać się po równi pochyłej gdzieś w głąb czarnej dziury, gdzie nikt go nie mógł znaleźć. Nikt oprócz Czarnej Damy. Zamykał się w pokoju, odcinał wszystkie nitki łączące go ze światem na zewnątrz, systematycznie i konsekwentnie zapominał, że ma nas. Że tam, za drzwiami jego warowni dzieje się świat,  rosną dwie córki i trzeba by im pokazać, jaki kiedyś powinien być mężczyzna ich życia. Dwa młode drzewka, żeby rosnąć prosto i wysoko, potrzebowały jakiegoś wsparcia, palika, punktu odniesienia, wyobrażenia na temat tego, czym jest męskość. Od tego ma się ojca. Ale mężczyzny tak naprawdę w naszym domu nie było. Mężczyzna głównie cierpiał lub spał. Myślę, że uciekł w depresję przed pretensjami mamy. A mama mówiła, że jest smutny i że nie wolno go denerwować. Bardzo przestrzegała tego, żeby się głośno nie śmiać. Radość była zakazana, była czymś niestosownym i nagannym. Obowiązywał nas bardzo skrupulatnie przestrzegany kult cierpienia. Miałyśmy być ciche, grzeczne i smutne. To było w dobrym tonie. Ja byłam tak gorliwa, że z wesołego, rozbrykanego dziecka stałam się autentycznie smutna, nie tylko dlatego, że mama kazała. Bardzo kochałam tatę, jego smutek dosłownie rozdzierał mi serce, tak bardzo czułam razem z nim, było mi go tak strasznie żal...! Chyba już wtedy wzięłam od niego to czarne, parszywe ziarno, które z czasem wypuści macki również w mojej duszy. Na wszystkich swoich szkolnych zdjęciach z wczesnej podstawówki widzę tak przeraźliwie smutne dziecko, że się serce kraje. Myślałam, że w ten sposób tatusiowi udowodnię, jak bardzo go kocham, że zasłużę na jego podziw. Ale jemu się podziw skończył, możliwe że w chwili, gdy po raz pierwszy zamknął przed nami drzwi, a może nigdy go nie miał? Nie wiem tego, ale na pewno był bardzo dobrym, łagodnym człowiekiem, totalnie zdominowanym przez mamę. Nigdy nie zdobył się na bunt, wolał zamknąć drzwi i zostać z Czarną Damą sam.  

Później ja i siostra czyli trzecie pokolenie. Siostra rok temu popełniła samobójstwo. Nic nie wskazywało na to, że ma depresję. Nic.  

No i ja, najmłodsza z całego stadka. W dzieciństwie nauczyłam się depresji, żeby dotrzymać towarzystwa tacie. Dzieci odtwarzają energetykę rodziców, to taki mechanizm zapewniający przetrwanie. Mnie akceptowano tylko w  cierpieniu, więc jako dziecko cierpiałam nawet wtedy, gdy nie było racjonalnych powodów.  Cierpiałam z poczucia lojalności, z obowiązku. Ale już jako nastolatka byłam radosna, bardzo zajęta życiem towarzyskim. Zakochiwałam się i odkochiwałam, chodziłam do dyskotek, na ogniska, a to pochłania tyle energii, że na współczucie zostawało jej coraz mniej. Życie potrafi być bezwzględne, zwłaszcza to w cielęcym wieku... Życie woła, kusi, popycha, szarpie za rękaw tych najbardziej opornych. Ma swoje prawa i je konsekwentnie egzekwuje. I całe szczęście, że tak jest, bo mogłam zostać w tym smutku do dziś i nie poznać świata od innej strony. W tamtym okresie demon depresji na jakiś czas schował macki i kły, a może to tata pilnował lepiej drzwi i go nie wypuszczał ze swojego pokoju? Nie wiem. O tym, że to była tylko czasowa absencja Czarnej Damy przekonałam się już na studiach... 

Nie ma sensu Was zamęczać szczegółowymi opisami tego, przez co przechodzi człowiek z depresją, bo zagląda tutaj coraz więcej osób i zwyczajnie nie chcę nikomu psuć humoru. Dość powiedzieć, że to jest tak koszmarne poczucie osamotnienia, wyalienowania i totalnej bezsilności, że człowiek dosłownie mógłby zjeść własne gówno, gdyby był w stanie uwierzyć, że to pomoże. Sęk w tym, że wtedy się nie wierzy, że cokolwiek jest w stanie pomóc, bo to jest tak całkowity brak nadziei, że to doznanie prawie zmiata z planszy. Żyje się  jak skazaniec na szafocie, z czarnym jutowym workiem zamotanym na głowie; skazaniec, który czeka, kiedy spadnie gilotyna i marzy, żeby to się wreszcie stało.

 Łykałam leki ponad 20 lat, z czasem przestawały działać, więc mimo ich zażywania czułam się źle, coraz gorzej. Tak naprawdę balansowałam na granicy życia i śmierci. Z tego marazmu wytrącił mnie 2023 rok, rok Trzeciej Katastrofy. Czarną serię zakończyło samobójstwo siostry. To był dla mnie ten moment otrzeźwienia. Dotarło do mnie, że nie ma żartów, że moja psychika może zwyczajnie pęknąć pod naporem cierpienia... że w końcu stracę kontrolę i pójdę za moim stadem lub po prostu zwariuję i trafię do psychiatryka. Jej samobójstwo zmusiło mnie do stanięcia twarzą w twarz z pytaniem: czy ja w końcu chcę żyć czy nie? Iść za nią, za jej mężem i za mamą na drugi brzeg, czy jeszcze zostać? Rodzinna lojalność podpowiadała, żeby iść za nimi. Mój ukochany tatuś już tam był przed nimi.  Ale...?  Okazało się, że chcę żyć i to jak! Po pierwsze nie chciałam zostawić syna i Tygrysa samych, a więc poczucie odpowiedzialności za bliskich. Ale poza tym... gdy już się zaczynałam powoli żegnać ze światem, z zakamarków mojej pokaleczonej pamięci zaczęły wypływać te chwile, gdy byłam szczęśliwa. W momencie palącego wahania, stawiania na szali światła i ciemności, życia i śmierci, wróciła do mnie pamięć ukochanych miejsc, drzew, muzyki, książek, które jeszcze chciałam przeczytać, kwiatów, które chciałabym posadzić i zobaczyć, jak zakwitną... Całe życie odkąd pamiętam,  w dobrych chwilach, kiedy tylko potrafiłam,  poszukiwałam piękna i znajdowałam je na każdym kroku. Moja siostra obsesyjnie pstrykała zdjęcia, a ja wchłaniałam w siebie w przeświadczeniu, że gromadzę cenny kapitał. Nie wiedziałam jednak, że aż tak cenny. Zbierałam piękno świata bardzo skrzętnie, kamuflowałam w każdym wolnym zakątku, upychałam w zakamarkach pamięci obrazy, doznania i dźwięki - jak wiewiórka orzechy. Na każdym szlaku neuronowym w moim mózgu można zauważyć ślady wiewiórki, gromadzącej zapasy na zimę... Jakbym przeczuwała, że to mi się przyda. Wielokrotnie, widząc zachód słońca, powtarzałam sobie: muszę to zapamiętać, muszę zapisać w pamięci ten moment... Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że miłość do drzew w najgorszym momencie wróci do mnie i uratuje mi życie, że będzie tym piórkiem, które opadnie w krytycznym momencie i przeważy szalę na korzyść życia.   

Tak więc Czarna Dama, ta upierdliwa persona non grata,  została wyproszona raz na zawsze za drzwi z całym należnym jej szacunkiem, z honorami, aczkolwiek stanowczo. 

Nie wiem, czemu aż tak krętą drogą szłam do tego miejsca, z którego widzi się całe swoje życie, rozumie jego zawiłości, przyczyny i skutki, dobre i złe decyzje, porażki i fałszywe sukcesy, konsekwencje własnych działań i zaniechań, ale to bez znaczenia. Liczy się tylko to, że wreszcie jestem sobą i we właściwym miejscu. Nie czuję presji, że mam być jakaś, że coś powinnam. Już wiem, że z  najczarniejszej dziury można wyjść, ale pod warunkiem, że światła nie szuka się na zewnątrz, u innych ludzi, tylko w sobie. :)  


niedziela, 22 grudnia 2024

Miłości bez ości. :)

 

Ludkowie kochani, którzy tutaj być może zajrzycie... 



Okazało się, ku mojemu zaskoczeniu, że Tygrys zakupił choinkę w wielkiej donicy, chociaż zawsze chciał, żebyśmy sobie odpuścili ten cały świąteczny kicz... Gdy go zobaczyłam na schodach taszczącego bożonarodzeniowe drzewko, popłakałam się ze wzruszenia, bo to bardzo symboliczny gest z jego strony. On skomentował sytuację po swojemu:

- Wiedziałem, że tak będzie (śmiech).

A więc odszukałam starą gwiazdę z kolorowego papieru, światełka i inne ozdoby, które zaraz z synusiem zawiesimy. Chyba pierwszy raz w życiu poczułam magię świąt. Przez ostatni rok działy się w moim życiu rzeczy tak zaskakujące, że czasem mi ciężko uwierzyć, że jestem tym samym człowiekiem. Tym samym, ale nie takim samym, ta choinka to kropka nad ..i". 

A więc życzę Wam, żeby życie dostarczało Wam samych dobrych niespodzianek. Niech Wam świat prostuje ścieżki i stawia na drodze dobrych ludzi.  :) 

A jeśli nie obchodzicie Bożego Narodzenia, to spędźcie ten czas najlepiej, jak się da, w zgodzie ze sobą.  :) 

wtorek, 17 grudnia 2024

Zakaz

 


Łomot dobiegał z najbardziej mrocznej części piwnicy starej kamienicy, w której mieszkała Emma. Schodząc po schodach wahała się nad każdym krokiem, bo piwnice były wyjątkowo głębokie, ale ta okropna, niesforna Dziewczynka dobijała się z taką energią, że Emma obawiała się o szybę w starych drzwiach. Skąd później wytrzasnąć szklarza, skąd drzwi, które nie będą raziły nowością przy zabytkowych murach? A ponadto z tą kamienicą sprawa nie była taka prosta, gdyż kiedyś jej piwnice były częścią podziemia, które rozciągało się pod całym miastem i z opowieści rodzinnych wiedziała, że są to nie tylko piwnice, co ciemne i głębokie lochy wykute w wapieniu, które kiedyś służyły za więzienie. W odległych czasach większość szanujących się miast miała swoje drogi ewakuacyjne, które mieszkańcom ratowały życie w razie tatarskich najazdów. Wystarczyło wejść we właściwe drzwi, aby siecią kanałów i tuneli wydostać się w bardzo odległym, bezpiecznym miejscu. Ze zmurszałych map, znalezionych swego czasu w starym kufrze na strychu, Emma wywnioskowała, że wchodząc do piwnicy i kierując się zapiskami na mapie, po kilku godzinach drogi mogłaby się znaleźć w jakimś lesie! Oczywiście tunel mógł być już dawno zasypany, więc nie traktowała tego zbyt poważnie, jednak te przepastne podziemia nadal budziły grozę, gdyż jak dotąd władze miasta nie miały dość funduszy na badania archeologiczne w jej dzielnicy i tak naprawdę nadal nie wiadomo, co w nich jest. Może szkielety skazańców, może wysuszone truchła uciekinierów? Jakie mroczne sekrety dawnych mieszkańców miasta mogły tam murszeć i czekać na swoje pięć minut? Po wielu latach rewitalizacji i zaangażowaniu potężnych środków finansowych oddano dla zwiedzających jedynie najstarszą część podziemia, która była pod pod rynkiem, zaś jej stara kamienica znajdowała się w zapomnianej, ciasnej uliczce, daleko od centrum.

- Co za utrapienie z tą Dziewczynką! Czy ona mi nigdy nie da spokoju? - mruczała do siebie Emma pokonując powoli stopień za stopniem. Co chwilę zatrzymywała się i nasłuchiwała w nadziei, że łomot i wołanie ucichnie, a wówczas mogłaby zawrócić z drogi, wyjść na światło i jak co dzień udawać, że wystarcza jej codzienność. Jednak wołanie cichło tylko wtedy, gdy ona szła, a gdy tylko się zatrzymała – przybierało na sile. A więc szła, stopień po stopniu schodziła w chłodną, zasnutą pajęczynami czeluść starej kamienicy… szła naprzeciw niecierpliwemu wołaniu, które niosło niewiadomą… Wreszcie schody się skończyły. Emma wyciągnęła dłoń w stronę, gdzie powinien się znajdować kontakt, żeby zaświecić światło. Znalazła duży obrotowy włącznik, taki sam jak kiedyś widziała w jakimś muzeum techniki, obróciła niewielki uchwyt i nagle poczuła na twarzy pęd powietrza oraz muśnięcia drobnych skrzydełek i pazurków. Zawtórowały temu wampiryczne piski nietoperzy lub innych stworzeń, które spłoszone światłem poderwały się do lotu, krzycząc upiornie i złowrogo. Rozdygotana Emma oparła się o zimną kamienną ścianę i tylko to uratowało ją przed upadkiem. Serce, ten niespokojny puls życia, znów zaczęło łomotać po chwilowym uspokojeniu. Ostatnio dokuczał jej ból w klatce piersiowej, co kardiolog skwitował beznamiętnym ,,nic pani nie jest”. Tym lepiej, pomyślała, tylko skąd ten ból?  Zamknęła oczy, uspokoiła oddech i ruszyła dalej, skupiając się na tym, żeby od razu dotrzeć we właściwe miejsce, czyli tam, gdzie hałasowała Dziewczynka. Tak, to była ona, Niegrzeczna Dziewczynka we własnej osobie. Stała przy szybie i zaglądała do ciemnego wnętrza piwnicy. Co prawda starsza, niż ją Emma zapamiętała, ale nie od dziś wiadomo, że bohaterowie literaccy nie przestają żyć, gdy się ich porzuca. Udają się do rekwizytorni, jak kostiumy po przedstawieniu, gdzie mogą wieść swój pozorowany papierowy żywot według sobie tylko znanych scenariuszy. W ich żyłach leniwie krąży atrament lub tusz, dając im pozory istnienia. W rekwizytorni mogą przez całą wieczność antycypować swoje przygody, opowiadać przeżyte historie i mieć nadzieję na Ciągi Dalsze, następne tomy, ekranizacje czy nawet zapożyczenia…Bowiem bohaterów literackich skazanych na nędzny żywot w Rekwizytorni zadowoli dosłownie wszystko. Wszyscy oni są niczym innym jak kolejnymi rolami Autora. Wszyscy łakną jego uwagi, jak ktoś umierający z braku wody na pustyni.

Emma szybko musiała się otrząsnąć z fali refleksji, gdyż Dziewczynka na jej widok zaczęła kopać w drzwi ze zdwojoną siłą:

- Wypuść mnie wreszcie! Ileż można czekać na Ciąg Dalszy! Przez ciebie musiałam złamać Zakaz!

No tak... Zakaz! Emma zrobiła się czujna. Istniało bowiem odwieczne surowe prawo, które zezwalało bohaterowi wyjść na światło dzienne tylko wówczas, gdy został on imiennie wywołany przez Autora na kartach jego książki. Wówczas z tego nieskończonego rezerwuaru bytów możliwych, z tej chaotycznej menażerii domysłów i przeczuć, przy użyciu magii słów, zaklęć, modlitw do Boga Literatury i dużej ilości kawy, miała prawo wyjść z Rekwizytorni i pokazać się światu konkretna postać. Tymczasem ta smarkula twierdzi, że samowolnie złamała Zakaz!


Cdn...


poniedziałek, 16 grudnia 2024

Metafora




metafory rosną w lesie jak grzyby po deszczu

znajduję je co dzień


 ptak przecinający niebo to błysk zrozumienia

żyłki na liściu to ludzki krwiobieg lub dorzecza Amazonki

mgła nad jeziorem snuje się jak myśl - dzięki metaforze

w zawiniętym ogonie kota rozpoznasz pytajnik 

a  w żółtym misiu bez nosa własne dzieciństwo


nie wyrzeknę się metafor

dzięki nim żongluję światami

słuchając świergotu świeżo wyklutych znaczeń


alchemia słowa jest drogą biegnącą ode mnie do ciebie

wyciąga się szyją smoka jak most zwodzony

między dwoma planetami


dzięki metaforze zbieram

kwiaty na śniegu

i widzę mój ból w twoich współczujących oczach



sobota, 14 grudnia 2024

Mama czyli matryca ( Historie rodzinne cz. 12 )

 



Dzięki temu, że wychwyciłam w sobie prześladowcę, zaczęłam do siebie dopuszczać taką myśl: skoro ja, Ofiara, ta lepsza, moralnie wyższa  i niewinna, mogę być katem, to może moja mama, w której widziałam kata, też była ofiarą? A więc kompletne przewartościowanie, nowe rozdanie. W tym czasie, już po jej śmierci, miałam sen. Mama dbała o wygląd za życia i w tym śnie też była ładnie uczesana i umalowana. Stała w dużym pokoju przy meblach i z  ciepłym, życzliwym uśmiechem powiedziała do mnie: ,,Szukaj, szukaj, może znajdziesz jakiś skarb...". To było tak wyraźne i mocne przesłanie... rzadko czułam od niej tyle ciepła...co ten sen mi chce powiedzieć? Co w tym przekazie jest? Byłam pewna, że nie chodzi o skarb w sensie majątku. 

Zaczęłam analizować jej życie, przypominać sobie wszystko, co wiedziałam z opowiadań od babci i z jej wspomnień i zaczął mi się wyostrzać wzrok na to, że ona naprawdę chciała być lepsza, starała się, ale nie dostała takiej szansy jak ja, bo nie znała tych książek, które ja znam, nie słuchała podcastów, dorastała w innych, cięższych czasach, gdy ludzie musieli całą energię skierować na wyżywienie dzieci i nie mieli już siły analizować emocji ( piramida Maslova się kłania). Wtedy dopiero powoli i nieśmiało zaczęłam się do niej zbliżać nie jako sędzia i oskarżyciel, ale jak ktoś, kto chce zrozumieć: dlaczego? Dlaczego była taka a nie inna? Co ją ukształtowało?  Zastanawiałam się, jak to jest żyć ze świadomością, że się nie potrafiło obronić własnego dziecka przed pedofilem? Jak się później człowiek czuje, gdy już wie, że zawalił na całej linii - o ile w ogóle to wie. Jakie obszary własnej psychiki trzeba zamrozić i uśmiercić, jak trzeba się bać utraty wizerunku ''dobrej rodziny", jak bardzo trzeba się obawiać społecznego odrzucenia, żeby ważniejsze było ,,co ludzie powiedzą" niż własna córka? Przecież za tym stoi takie zniewolenie mentalne, takie uwikłanie, że nie umiem sobie tego piekła wyobrazić... To życie jak w karcerze. Ona tam, w tym zimnym betonie bez okien trzymała swoje Dziecko Wewnętrzne. Jej umysł nie był w stanie wyjść piętro wyżej, na poziom świadomości a jej jedynym światełkiem w tunelu była płytko rozumiana religia sprowadzona do łączeniu się z cierpiącym Chrystusem. 

Zaczęłam kłaść na szali jej los i mój, jej obciążenia i moje. I wyszło na to, że chyba jednak ona dźwigała więcej, w dodatku nie miała zasobów, żeby coś z tym zrobić, bo  ja w porę dotarłam do dobrych źródeł wiedzy, a ona nie zdążyła. Inna sprawa, że i nie chciała, bo miała wbite młotkiem do głowy, że trzeba cierpieć razem z Ukrzyżowanym ( nie, nie trzeba), że za to pójdzie do nieba i dostanie nagrodę. Dzięki tym przemyśleniom teraz jestem na takim etapie, że zaczęłam jej wybaczać, a to zrzuca z moich pleców kolejny, wielki ciężar. Wybaczać i dawać sobie ( swojemu Dziecku Wewnętrznemu) to, czego ona mi nie potrafiła dać, bo sama nie miała, a dawać można tylko to, co się ma. Czyli terapia prowadzi do tego, że człowiek wypełnia luki po miłości, której nie dostał na czas, uczy się kochać siebie i dopiero wtedy, wypełniony, nakarmiony i zaopiekowany, jest bogaczem, bo może dawać prawdziwą miłość, a nie przy-wiązanie  do żywiciela, który mu uzupełnia braki. Bo przy-wiązanie jak wskazuje sama etymologia słowa, to bycie ,,przy" kimś ,,wiązanym", a to miłością nie jest, chociaż dawnej tak właśnie myślałam. Przy- wiązanie to jakiś rodzaj uzależnienia czyli przymusu bycia z kimś i bycia kogoś ze mną. Chodzi o to, żeby nikt nic nie musiał, tylko codziennie dokonywał tego samego wyboru i ze mną był. Wtedy jest miłość. 

Wspomnienia są drugorzędne. Ważny jest przede wszystkim otwarty umysł, który da sobie prawo do eksperymentowania i nie chwyci się argumentu, że to zbyt infantylne, żeby mogło pomóc. Spróbuj i zobacz co się stanie. :) Weź własne zdjęcie z dzieciństwa, usiądź z nim w ciszy, wpatruj się w nie, później zamknij oczy i spróbuj to dziecko ze zdjęcia zobaczyć w ruchu. Co robi? Jaką ma minę? W jakim jest nastroju? To się może nie udać od razu, bo  nie jesteś przyzwyczajony, ale w ten sposób powoli nawiązuje się więź z tą najbardziej wrażliwą, zranioną częścią siebie. Ja równolegle pisałam listy i zaczęło działać po kilku dniach, a później poleciało z górki, bo z czasem psychika załapie, czego od niej chcesz,  umysł się przekona, że to cię nie zabije i wówczas podświadomość podsyła kolejne stop -klatki lub emocje, wreszcie cały świat zaczyna ci to ułatwiać. Zaczynasz kojarzyć różne fakty ze swojego wewnętrznego świata, masz mnóstwo wglądów, dokonujesz odkryć, na które wcześniej nie byłeś gotowy... Zaczynasz wreszcie rozumieć, co się działo w twoim życiu, co wynika z czego. Łączysz kropki i widzisz wszystko, czego dawniej nie widziałeś, bo sam to przed sobą chowałeś. Tę technikę można opisać takimi słowami jak kontemplacja, wizualizacja, medytacja czy  psychodrama. To mini teatr, który uruchamiasz w swoim wnętrzu po to, żeby wrócić do prawdziwego siebie.

Jeśli się nie ma wspomnień, trzeba się wyczulić na doświadczane emocje, na triggery, chwycić ten ślad, przyjrzeć mu się, zidentyfikować. Emocja, zwłaszcza ta nieprzyjemna,  jest jak nić Ariadny, która wyprowadzi z labiryntu lęków, depresji i nałogów,  a zaprowadzi  do zdarzenia z dzieciństwa, które zostawiło po sobie ranę. Nawet jeśli sobie nie przypomnisz zdarzenia, to nic. Wtedy wystarczy iść do Dziecka Wewnętrznego i zrobić, co trzeba, czyli zanieść mu miłość, zrozumienie, dobre słowo, zapewnienie, że to nie jego wina, jeśli inni je krzywdzą, że wszystko z nim OK... I mieć dla niego czas i cierpliwość. 

Na jakimś odcinku tej drogi czeka konkluzja, że krzywdzą ci, którzy sami zostali skrzywdzeni. I to jest ten  skarb, który znalazłam, skarb, którego we śnie kazała mi szukać mama, bo dzięki niemu mogę współczuć zamiast obwiniać i nienawidzić. To skarb, który wprowadza do życia buddyjską ,,miłującą dobroć", a to jest tak błogie uczucie, że wynagradza całe zło, jakie mnie kiedyś spotkało i jakie spotkało innych ode mnie, bo jeśli krzywdziłam, to dlatego, że sama zostałam skrzywdzona. Ta zależność działa w obie strony i wtedy masz już w sobie dość współczucia, żeby nim objąć także siebie. 

Uzdrowienie relacji z mamą, nawet po jej śmierci, jest ogromnie ważne, bo mama to pierwowzór wszystkich relacji, w psychologii nazywa się ją obiektem prymarnym. Na bazie tego, jaką miałaś relację z mamą, kształtujesz wszystkie inne relacje, w tym również stosunek do siebie samej. Mama może determinować wybór partnera ( u mnie tak było, bo Tygrys ma osobowość dominującą tak jak mama). Mama to pierwowzór, matryca, według której formowana jest emocjonalność dziecka, czyli to wszystko, co masz w środku, cały twój wewnętrzny świat. Natomiast ojciec jest pra matrycą twojego stosunku do świata zewnętrznego i sposobu funkcjonowania w nim. Ja miałam ojca nieobecnego, więc mam skłonność do uciekania od świata, bo ojciec nauczył mnie uciekania. Kiedy w tym świecie zewnętrznym jestem, to jestem, ale ponieważ to mnie kosztuje sporo energii, więc szybko się wycofuję do swojej samotni, do psów, do drzew, do ogrodu, do ciszy, do książek...do pisania. :)