niedziela, 4 października 2026

,,Lalka" Paweł Maślona

 



Zewsząd wyskakują ,,Lalki". Raz jedna, raz druga. Tej kinowej nie obejrzałam, ale tę z Netflixa owszem. Pierwszy odcinek zaskakuje szybkim tempem akcji i muszę przyznać, że intrygującą świeżością spojrzenia na powieść zachęca do obejrzenia kolejnych.  Spory kontrast do statecznego kroku,  jakim wchodziliśmy w fabułę przy dźwiękach katarynki w towarzystwie Jerzego Kamasa i Małgorzaty Braunek w ekranizacji Ryszarda Bery z 1977 r. Uwielbiałam tamtą ,,Lalkę", chociaż do Wokulskiego w wykonaniu Kamasa jakoś nigdy nie zapałałam sympatią. Jednak scenki rodzajowe, damy w kapeluszach przechadzające się po starej Warszawie, ten niepowtarzalny klimat, jaki wprowadzał ,,Pamiętnik starego subiekta"... Urokliwe. A u Maślony się dzieje! Podziwiam dużą dbałość o detale w aranżacji wnętrz. Wystrój w kamienicy Łęckich wyjątkowo piękny, a bardzo zwracam uwagę na szczegóły obrazu. Aktorstwo pierwsza klasa, ale nie chcę się nad nim rozwodzić, bo za długo by mi zeszło. Postaci kobiece wszystkie świetnie zagrane, drugoplanowe role także. Florcia i Marianna na Oscara. Reinterpretacja powieści ryzykowna i brawurowa, ale jak dla mnie do przyjęcia, w granicach prawdopodobieństwa. No, może z małymi wyjątkami. Scena, w której Izabela wraz z Marianną i Florentyną ścierają krew z parkietu mało realistyczna, a film utrzymany w konwencji realistycznej... aż powiało Quentinem Tarantino, toteż podejrzewam reżysera o próbę epatowania odbiorcy, co nie świadczy o twórcy najlepiej. Druga, trochę odjechana sprawa, to samo zakończenie. Wokulski bez powodzenia poszukujący ropy naftowej w Polsce to małe piwo, bo Ignacy Łukasiewicz dwadzieścia kilka lat wcześniej rozpoczął wydobycie na skalę przemysłową koło Krosna, więc jest to działanie historycznie jak najbardziej uzasadnione.  Jednak później już w samym zakończeniu reżyser podsuwa pomysł, jakoby Wokulski po ucieczce z terenów polskich ropę odnalazł. I wszystko ok, sęk w tym, że po tym polu naftowym Wokulskiego spaceruje jakby nigdy nic wielbłąd dwugarbny, co sugeruje, że Wokulski dotarł na Bliski Wschód (???), a tam jeszcze ani się nie śniło o wydobywaniu ropy, bo pierwsze mapy tamtych terenów sporządziła podróżniczka Gertrude Bell, żyjąca na przełomie XIX i XX wieku i dzięki temu dopiero później zaczęli tam napływać Anglicy zainteresowani złożami naturalnymi krajów arabskich i z chaotycznie przemieszczających się plemion nomadów powoli zaczęła się tworzyć państwowość. Idąc śladami wielbłąda Afryka też odpada, bo w czasach Wokulskiego jeszcze tam ropy nie wydobywano, toteż ten wielbłąd stanowi dla mnie jakieś  kuriozum i chyba zwykłą wpadkę, która mnie rozbawiła,  tak jak legendarny zegarek na ręce Jagiełły podczas bitwy pod Grunwaldem, który rzekomo wszyscy widzieli ( w rzeczywistości to tylko nieopalony pasek po zegarku  na przegubie ). Z tym że ja wielbłąda naprawdę widziałam, jak bum cyk cyk! On tam jest, jak nie wierzycie, to serial zobaczcie. :D 

Miałam pisać o innych aspektach filmu, ale wielbłąd mi się przypomniał i mnie zwiódł na boczny szlak. Ech. 

Dodam tyle, że Izabela Maślony to nie jest marionetka poruszana sznureczkami konwenansu i własnej kasty. Jego Lalka zrywa sznureczki, zrzuca gorset, przyparta do muru desperacko rzuca się w wir życia nie swojej sfery i próbuje sama decydować o sobie, co mi się bardzo podoba. Miło dla mnie brzmi w tym filmie nutka emancypacji. Izabela u boku lekarki Anny Dobrskiej ( postać historyczna), wlokąc ubłocony tren pracuje jako pielęgniarka, obsługuje nędzną garkuchnię dla miejskiej biedoty, asystuje przy zabiegach medycznych, co sprawia, że ta posągowa postać zyskuje ludzki rys. Mało tego. Jeszcze się szprycuje morfiną, potrafi być bezczelna i cyniczna. Idzie na dno, ale walczy, a nie zalewa się łzami, sięgając po sole trzeźwiące. Brawo. 

Generalnie ta ekranizacja wydobywa z tekstu źródłowego bardzo nieoczywiste i pomijane w szkolnej analizie wątki, co mi się podoba, bo dowodzi, że klasyka nadal ma spory potencjał. No chyba że ktoś ma bardzo konkretne oczekiwania i oczekuje od ekranizacji ścisłej wierności. Ja podeszłam do oglądania bez żadnych oczekiwań, z ciekawością i otwartością, bez zamiaru rozliczania reżysera z odstępstw i oglądało się dobrze, choć współczesne przekleństwa, moim zdaniem zupełnie niepotrzebne, raczej mnie irytowały. Reżyser pojechał po bandzie, ale to nadal jest ta sama historia arystokratki i obsesyjnie zakochanego w niej kupca, tylko opowiedziana innym językiem, z  indziej rozłożonymi akcentami. O dziwo, to jest historia miłości możliwej, co bardzo lubię na filmach. :) Możliwej pod warunkiem, że arystokratka zejdzie z piedestału, co Maślona Izabeli umożliwia. Może inaczej: ona nie schodzi z niego z własnej woli, to przemiany społeczne i styl życia ojca utracjusza strącają Izabelę z piedestału wbrew jej woli, ale ona nie traci gruntu pod nogami,  nie zlatuje jak słomiana kukła (vide Bareja), ale spada na cztery łapy. 


Ps. Już wiem, co z tym wielbłądem. Wygląda na to, że Wokulski uciekł do Baku, gdzie wówczas już była wydobywana ropa i były wielbłądy. Jest to najbardziej prawdopodobna wersja wydarzeń, zwłaszcza że Wokulski właśnie w Rosji dorobił się majątku. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz