środa, 28 stycznia 2015

piątek, 23 stycznia 2015

P jak połówka

Paul Apal'kin
Ta pierwsza nie potrzebuje już konia, którego czcili ludzie Montezumy. Zamieniła go na cel, który został wybrany z całego tabunu, schwytany na lasso, ujeżdżony i osiodłany, by mógł ją nieść ku nowym podbojom. Bez celu ani rusz. Ta pierwsza jest przecież mentalną spadkobierczynią konkwistadorów. Należy do  rasy białych zdobywców posiadającej gen ekspansji. Mknie na swoim mustangu, ale chwilami się zastanawia, czy dosiada swojego konia, czy może dźwiga go na plecach? Mimo to cwałuje, bo oprócz celu majaczącego na horyzoncie ma przecież rację. Racją biczuje się po plecach  jak średniowieczny pątnik. Wyciska z siebie siódme poty w drodze do prywatnej Ziemi Świętej. A gdy osiąga to, co chciała, zaraz zaczyna się nudzić, bo cele mają to do siebie, że się zużywają. Z osiągniętych celów ulatuje sens i znaczenie. Cele są jednorazowe jak chusteczki higieniczne. Zajeżdżony mustang nie nadaje się do dalszej jazdy, a raz użyta chusteczka nadaje się do kosza. Dlatego co jakiś czas trzeba kupić paczkę chusteczek i zdobyć nowego konia, aby móc na nim kolonizować, przekraczać granice, szukać złotego runa, wbijać flagę na szczycie... Jest logiczna i skuteczna.

Ta pierwsza połówka nie jest sama, bo jest jeszcze ta druga.
Masz ją? Znasz ją? Drugą połówkę siebie?

Ta druga czyli ta, która siedzi nad brzegiem rzeki Styks i moczy w niej stopy. Nachyla się nad taflą wody, widzi tuż pod powierzchnią złotą rybkę, która aż się prosi, by ją złowić, jednak pozwala jej odpłynąć. Ta druga kątem oka obserwuje zacumowaną przy brzegu łódź, do której kiedyś będzie musiała wsiąść i przepłynąć na drugi brzeg.  Ma za plecami łąkę, a na niej stado mustangów, które spokojnie skubią trawę. Jednak ona nie sięga po lasso, bo nie potrzebuje celu. Ta druga woli chodzić piechotą. Wie, że w ostatnią podróż nie zabiera się koni.
Wie też, że nie ma nic do gadania, gdy pojawi się ta pierwsza. Wie, że nie obroni ani siebie, ani tego tekstu. Bo komuś, kto dosiada konia, jest uzbrojony w racje i ma gen konkwistadora lepiej schodzić z drogi, gdy jest się pieszo i boso.

niedziela, 18 stycznia 2015

W jak wzór



Fot. Magda Spokostanka




Noc ma swoje sekrety. Przecież jest kobietą. Nigdy nie opowiada całej historii od razu. Nawet jeśli gra w otwarte karty, może się okazać, że w zanadrzu ma zapasową talię. Nawet jeśli kawa na ławę, to jej uśmiech Mony Lisy, odwrócenie głowy i nagłe spuszczenie powiek podpowiadają, że to jeszcze nie to. 
Nie ta kawa. Nie ta ława. Nie ta noc.


Dzień jest Mężczyzną. Chciałby wszystko wytłumaczyć. Poznać wszystkie odpowiedzi. Narzędziem rozumu zbadać i naprawić zgrzytający mechanizm rzeczywistości, prześwietlić promieniami definicji każdą niewiadomą. Delikatną jak muślin materię rzeczy chciałby wlać do probówki i potrząsać naczyniem na wysokości oczu dotąd, aż uda mu się napisać wzór chemiczny. Wzór według którego działa świat.


Kobieta - noc z dobrotliwym uśmiechem patrzy na te usiłowania, dolewa mleka do kawy i uśmiecha się do kropli deszczu spływającej po szybie. Dla niej daleko może oznaczać blisko, dobro może oznaczać zło, a cisza to jeszcze nie spokój.
Ona wie, że nie ma wzoru. Jest tylko świat posłodzony łyżeczką cukru.


czwartek, 15 stycznia 2015

Wiedza i mądrość


Fot.: Anonim


Są dwa rodzaje nauki. Od zewnątrz i od wewnątrz. Ten pierwszy uznawany jest za najlepszy lub nawet jedyny. Toteż ludzie uczą się poprzez dalekie podróże, oglądanie, czytanie, uniwersytety, wykłady - uczą się dzięki temu, co wydarza się poza nimi. Człowiek jest istotą głupią, która musi się uczyć. Dokleja więc do siebie wiedzę, zbiera ją jak pszczoła i ma jej coraz więcej, użytkuje ją i przetwarza. Ale to w środku co jest ,,głupie” i potrzebuje nauki, nie zmienia się. Wiedza, którą się obrasta, niczego w człowieku nie zmienia albo zmienia go jedynie pozornie, z zewnątrz, jedno ubranie zmienia się na inne. Ten zaś, kto się uczy poprzez branie w siebie, przechodzi nieustanne przemiany, ponieważ wciela w swoją istotę to, czego się uczy. ( Olga Tokarczuk, Prawiek i inne czasy)

piątek, 9 stycznia 2015

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy

Ciekawe czy ci wszyscy dziennikarze, którzy dziś tak atakują Owsiaka, jutro też będą pytać o księgi rachunkowe, gdy będzie potrzebne łóżko antyodleżynowe dla umierającej matki lub usunięcie nowotworu mózgu u syna. Wtedy też ze względów etycznych odmówią zabiegu ratującego życie lub przynoszącego ulgę w cierpieniu?? Oby nigdy nie musieli z tego sprzętu korzystać...
Nie wiem, jak Wy, ale ja na pewno kupię serduszko Wielkiej Orkiestry. 




niedziela, 4 stycznia 2015

F jak film

Kees Scheren


Pamięć działa dziwnie. Nie przestrzega reguł gry, wyłamuje się wszelkiej logice. A może my jej mechanizmów nie znamy? To wielka zagadka. Moje pudełko na tyłach głowy gromadzi wszystkie doznania, dźwięki, zapachy, myśli... Czasem sięgam do szufladek i przegródek, ale częściej jest tak, że coś wysuwa się na plan pierwszy samoistnie. Wychodzi zza kurtyny i mówi: hej! to ja! nadal tu jestem!
Nie wołałam przecież tego chłopaka, z którym pierwszy raz w życiu się całowałam. Nie wołałam,  a on nagle staje przede mną jak żywy. Ma zaparowane okulary, gorące usta i lekko drżące dłonie. Po co przyszedł? Co chciało mi powiedzieć to wspomnienie? Albo tamta wyspa na rzece, będąca tłem już całkiem innej historii. Strzęp piaszczystego  lądu, zaledwie kawałek plaży z małym namiocikiem pośrodku. Rano pod stopami muszle, gdzieniegdzie ślady ptasich nóżek, zamglony brzeg i tęczowa sukienka, którą już dawno porwał wiatr niepamięci i poniósł w nieznanym kierunku.
Od dawna mam w jakimś zakamarku pewną scenę. Wstajemy z grupką szkolnych przyjaciół po projekcji filmu ,,Wielkie żarcie”. Na sali skrzypią krzesła, słychać rozmowy, ogólny rozgardiasz i głowy dymiące od wrażeń, zwłaszcza że momenty były... hihihi… Siedzący w środku kolega szturcha mnie i koleżankę łokciami. Film trwał długo, wszyscy zdążyli zgłodnieć. Po kinie mamy iść do baru na pizzę. Przesuwam się w stronę wyjścia bokiem między rzędami krzeseł i nagle dostrzegam na widowni młodego chłopaka, który siedzi pogrążony w tak głębokiej zadumie, że nic do niego nie dociera. Nie zauważył chyba, że na wielkim ekranie są już tylko literki spływające w dół. Siedzi jak zahipnotyzowany. Zaraz zgasną światła, przyjdzie bileterka i go wygoni. A on ani drgnie. Czemu tak siedzi? Znajomi wychodzą, a ja zaczynam się ociągać, niemal przystaję i ukradkiem go obserwuję. Próbuję przeniknąć to zastygłe milczenie. Udaje mi się. Czuję jego aurę: to smutek. Głęboki, bezbrzeżny smutek kogoś, kto wie. Ale co on niby takiego wie, czego nie wiem ja? Cóż takiego zobaczył na tym filmie? Ja swoimi oczami podlotka dostrzegałam tylko ludzi, którzy żyją w luksusie, robią sobie wielką balangę i kochają się. Fajne to nawet było. Kobiety miały drogie futra i koronki, których im zazdrościłam.  A co? Może luksus nie jest fajny, co?? Niby czemu on tak milczy i bezczelnie jak dymem z papierosa wionie mi w twarz tym swoim smutkiem. Pamiętam jak patrzę na niego i jestem zła, bo chce mi zabrać beztroskę. Jeszcze chwilę bronię w myślach tego futra i koronek ze wszystkich sił, ale jego smutek jest silniejszy. Zatrzymuje mnie i zmusza do zauważenia drugiej strony życia. Czuję, jak to zderzenie powierzchownej beztroski z jego smutkiem zapada we mnie niczym kamień w wodę - do samego dna. I ten kamień tam nadal jest. Tkwi w tym samym miejscu, choć tyle wody upłynęło... Tyle filmów, tyle zdarzeń bardziej doniosłych. I kto wie, czy ten przypadkowy człowiek nie był moim najlepszym nauczycielem? Pojawiał się wiele razy. Wpadał z niezapowiedzianą wizytą, siadał na widowni i patrzył na mój film aż do napisów końcowych. Zawsze potykałam się o jego fotel i czułam na sobie to mądre spojrzenie, które miało dość odwagi, żeby widzieć więcej, ilekroć coś mnie niosło w stronę wielkiego żarcia.

Może dlatego nadal ważę tylko 54 kg?   ;-))

Zblogowani

zBLOGowani.pl