środa, 31 grudnia 2014

Kociego roku!

Fot. Anonim


Miało już nie być wpisu okolicznościowego, bo próbowałam dotrzeć do każdego z życzeniami osobiście - nieskutecznie jednak. Toteż post noworoczny jest i najlepsze życzenia wraz z podziękowaniami za Waszą obecność w całym 2014 r. :)  Bez Was nie chciało by mi się pisać, szukać zdjęć, porządkować myśli ani ubierać wrażeń w słowa. Bardzo serdecznie dziękuję! Ponadto zainspirowała mnie nie po raz pierwszy Dżejka, gdyż zapytała, czego sobie życzę w Nowym Roku. Nigdy nie składałam życzeń sobie! Czego sobie samej życzę?? Siedzę i myślę...









1. Chodzenia po ziemi, a nie bujania w obłokach, co do tej pory nazbyt chętnie robiłam i omal nie spaprałam czegoś bardzo cennego. Ale udało mi się! Dzięki ci życie! Dzięki ci 2014 roku! :))
2. Większej równowagi emocjonalnej. Życie na huśtawce jest zabawne i w moim przypadku obfite w poezję, ale na dłuższą metę mnie męczy i przyprawia o zawroty głowy. Zatem życzę sobie tego, aby mi się udało wypracować jakiś bezpieczniejszy system huśtania...
3. ...a na wszelki wypadek, gdyby mi się nie udało wypracować bezpiecznego systemu huśtania, co jest bardzo prawdopodobne, życzę sobie dystansu do samej siebie. Póki co mam go sporo, ale któż to wie, co człowiekowi strzeli do głowy? Co mu się pokręci i pomięsza?  Już myślał, że trochę zmądrzał, a tu klapa.  Spraw, Nowy Roku, żebym nie zaczęła rywalizować ani rozpychać się łokciami w przekonaniu o własnym geniuszu. Zatem dystansie - nie znikaj!
4. Życzę sobie kolejnego urlopu z kurami. Tęsknię do tej ciszy, do wiewiórki grasującej na wielkim orzechu i do starego kundla Miśka, który strzegł tamtej chałupy i moich snów. Tam się działy rzeczy dobre i ważne. Życzę sobie, aby magia tego miejsca przetrwała do lata. :)
5. Życzę sobie, abym z miękkością kota umiała omijać przeszkody, być w zgodzie z sobą nie wchodząc nikomu w drogę i... spadać na cztery łapy.

Jeśli któreś z życzeń i Wam się przyda, to bardzo proszę, są do Waszej dyspozycji. 
A oprócz nich wszystkiego najlepszego, najogólniej rzecz biorąc tego, 
czego sami sobie życzycie. :))

wtorek, 30 grudnia 2014

L jak ludzie


Herkes Sokakta




Z materią nieożywioną pół biedy, bo można  poukładać po swojemu, zmodernizować, dopasować ustawienia do własnych potrzeb, wymienić na inny model, zainstalować Linuxa - o ile kolega ma czas i pomoże. Albo zamówić ekipę remontowo - budowlaną i doglądać jak postępują prace. Ma być tak, bo jeśli inaczej, to źle. W salonie ciepły beż, a w korytarzu bita śmietana. Biały kredens w kuchni. Nie, proszę pana, nie kremowy, tylko biały! W końcu nie po to zamawiałam architekta wnętrz, żeby kredens był kremowy! Ma być biały. A jeśli nie, to nie dostaniecie premii. I kredens zachwyca zwiedzających domowe muzeum śnieżną bielą. Nie odpowiada mi zimowa aura? To biorę kredyt i jadę na 3 miesiące gdzieś w cieplejsze klimaty. Jest po mojemu. Świat musi ugiąć karku. On - nie Ja. Postawiłam na swoim. Później haruję jak wół, żeby spłacić raty, ale udowodniłam, że potrafię. Pokazuję znajomym zdjęcia z takich miejsc, o których oni mogą tylko poczytać w National Geographic. Trzymam kulę ziemską pod butem z równą łatwością, jak Ronaldo piłkę na plakacie Ligi Mistrzów. Zabiłam byka. Podziwiajcie.

Ile w tym ułańskiej fantazji! Jaka brawura! Wow!

Gorzej z ludźmi. Chcę, żeby był romantyczny, a on zaczyna o jakichś rachunkach. Chcę go przesunąć pod okno, jak to zwykle robię z fotelem, a on stoi w drzwiach i zawadza. Wymyka Się. Sięga po serwetkę, wyciera usta i... No patrzcie go! Chce skończyć posiłek po zupie, gdy ja liczyłam na dwa dania i deser w postaci lodów. Wstaje za wcześnie od stołu. Rozgląda się za kelnerem, żeby zapłacić. Jak może nie mieć apetytu, kiedy ja nadal jestem taka głodna! O co mu chodzi?

:)

O to samo, o co chodzi wszystkim żywym istotom: chce żyć w zgodzie z własną naturą. Stać, gdy ma na to ochotę. Nie jeść, gdy mu brak apetytu. Tańczyć swój balet. Nie zawsze tango.


,,A stój w tych drzwiach choćby całe życie. Przecież Się zmieszczę." - to jest już cała instrukcja obsługi bliźniego swego. Nie znam niczego bardziej skomplikowanego. I bardziej fascynującego niż człowiek. :)



wtorek, 23 grudnia 2014

Skoro mamy wiosnę tej zimy... ;-)

Niech zakiełkuje w Was ziarno ciszy. 
Nawet pozbawione światła i pod śniegiem 
niech rozwinie listki pogody ducha i życzliwości.
Niech rozrośnie się w Waszych sercach potężnym drzewem, które zakwitnie radością z tego co jest, 
a zaowocuje wewnętrznym spokojem oraz miłością do wszelkiego stworzenia. :***




piątek, 19 grudnia 2014

Leśny diabeł część 5.

abercanda


Odsunął myśl o kąpieli na dalszy plan. Po tym bezmiarze zimnej samotności i tułaczki po lasach trafił do Arkadii. Wieczność skropliła się do tej jednej chwili, dwa pociągi mijały się i przez chwilę jechały po równoległych torach w długim spojrzeniu, jakie wymienili ze sobą kobieta i jej czarny kot. Ona mu pokazała ukryte pod rzęsami dwa zielone jeziorka, a on jej złote księżyce w pełni. Pod dotykiem jej dłoni doznawał uczuć, których nie potrafiłby nazwać. Ale zaraz poczuł na końcu ogona charakterystyczne mrowienie, które zwiastowało jakieś zmiany w układzie planet.
Oto potężny  podmuch wiatru podnosi się zza północnej ściany lasu, zatacza łuk wokół miasteczka, wiruje coraz szybciej, nabiera rozpędu i mocy, aż zmienia się w trąbę powietrzną. Nawałnica wirując zbliżyła się do ryneczku, podnosi ławki i wyrywa drzewa z korzeniami.
Wicher niesie chmurę suchego piachu, którym z minuty na minutę zaciera napisane przez Emmę słowa, pokrywa całe zdania, zasypuje klawiaturę, wciska się do oczu i ust, myli znaczenia i odkleja sensy od słów. Coraz trudniej jest pisać…
Kiedyś musiało wyjść na jaw, że miasteczko było z papieru, a kobieta mieszkała w domku z kart i była jedną z dam w talii. Kim byli wszyscy? Diabeł i kot?  A kim pijak z miasteczka? Tylko bytami potencjalnymi, których żywot nigdy nie bywa kalany piętnem cierpienia, ani też miłość na nich nie kładzie płomiennych stygmatów. Byty potencjalne są skazane na czyjeś widzimisię. Słowo koniec niczym trąba powietrzna odsyła je w otchłań. Po końcu musi zamilknąć wszelki głos.
Tak więc nie ma miasteczka, nie ma kobiety ni kota. Leśny diabeł już nie istnieje. Nie wierzycie? Idźcie do lasu, odszukajcie polanę ze starym dębem i zajrzyjcie do dziupli: jest pusta. Na przeciąg kilku dni abecadło porosło sierścią i miało rogi. Nic więcej.
Ślimak śliskim odwłokiem kreśli tajemny ślad na pniu drzewa i chowa się do skorupy. Tym właśnie są słowa: śladem ślimaka na drzewie. Niczym, doprawdy niczym są więcej. A czymże ty jesteś, który czytałeś te słowa? Kępką mchu w lesie bytów. Cóż zatem mech by mogło zasmucać?


KONIEC

czwartek, 18 grudnia 2014

Leśny diabeł część 4.


James Dean


Udało się na czas napisać drogę rozwijającą się w stronę ludzkich siedzib. Udało się zbudować miasteczko,  wyłożyć kamieniem mały ryneczek, poustawiać ławki, a na jednej z nich położyć miejscowego pijaka. Leśny diabeł szedł, a po wejściu do miasteczka zaczął się skradać. Jego przejście przez rynek polegało na wykonywaniu wielkich skoków od ławki do ławki. Za każdą z nich siedział chwilę przyczajony i rozglądał się, a zyskawszy pewność, że mieszkańcy jeszcze śpią, ruszał dalej. Właśnie wykonał długiego susa do następnej ławki, ale odskoczył od niej przerażony: na ławce ktoś był! W dodatku leżąca postać  podniosła głowę i wymamrotała nieprzytomnie: ,,Napiję się z tobą, ale ty stawiasz…” Diabeł czmychnął czym prędzej, bowiem czyjeś spojrzenie mogło osłabić jego moc. Zdążył jednak zauważyć wielkie, białe skrzydła leżące pod ławką. Wyglądały nierealnie i biła od nich nieprzyjazna czarciej braci woń kadzidła i opłatka. Najwyraźniej pijak zrzucił skrzydła z ramion, żeby nie uwierały podczas snu.
Diabeł zmierzał do domu kobiety, która kiedyś leczyła mu owrzodziałe kopyto. W wąskiej uliczce poczuł zapach ludzkich ciał, który smagnął jego czarną duszę  palącą tęsknotą. W przypływie słabości zatrzymał się przy jednym z niskich domów i przylgnął policzkiem do szyby, próbując coś za nią zobaczyć. Wyczuł za szkłem ciepło. Zaskowyczał żałośnie i pomknął co tchu, aby zdążyć przed nastaniem świtu. Jest już blisko, coraz bliżej…,, Jeszcze tylko kilka domów i będę” - pomyślał. W następnej chwili przestraszył się bezczelnością tej myśli. Przecież diabłów nie ma! Jakim sposobem więc on może być? Rogate stworzenia z widłami zostały wymyślone do straszenia dzieci. Jednak diabeł musi zaistnieć, znaczenia muszą się zagęścić, scalić i poukładać w postać diabła, bowiem w opowieści pojawiła się gorąca potrzeba przylgnięcia do kobiecego ciała, zatem ktoś tej potrzeby musi doświadczać. I tym kimś będzie diabeł, za którym owo pragnienie będzie postępowało krok w krok, deptało mu po piętach, wlokło za nim niczym ogon z kępką czarnych włosów na czubku. Widać już dom, w nim białe drzwi, do których wiedzie zaledwie kilka schodków. Diabeł skupił łakome spojrzenie na klamce i już miał ją nacisnąć... Stop akcja! Zastanów się, diable: kobieta jest przecież mężatką! Ktoś inny ma prawo do zapachu jej włosów i rozłożystych bioder. Komuś innemu gotuje mleko. Diabeł pochylił się i zajrzał przez dziurkę od klucza. Niewiele zobaczył. Obszedł dom dokoła, zajrzał przez każde okno. Wciągał w nozdrza powietrze, węszył, chciał wytropić w pobliżu zapach mężczyzny. W końcu stwierdził, że w domu oprócz kobiety jest tylko kot. Diabeł zachichotał, z uciechy zatarł ręce. Później zmienił stan skupienia na lotny, stał się w smugą dymu, która niepostrzeżenie wsunęła się do domu przez szczelinę pod drzwiami. Kobieta siedziała nadal z kotem na kolanach oparta plecami o piec i śpiewała cicho. Głaskała czarne futerko swojego pupila. Wtem kot gwałtownie zeskoczył z jej kolan na środek kuchni. Wyprężył ogon, zjeżył sierść i zaczął wydawać z siebie tak dzikie, przeszywające dźwięki, że kobieta cofnęła się o kilka kroków przerażona. W dodatku przez ułamek sekundy kot wydał się jej znacznie większy! Było to tak zaskakujące, iż uznała  to za przywidzenie. Nie zauważyła przecież, że diabeł pod postacią smugi dymu wstąpił w zwierzę. Kot jednym westchnięciem wciągnął go w siebie. Diabeł nie był w ciemię bity;  wiedział, że z tymi rogami i kopytami kobieta go nie zechce. Mógłby przybrać postać Jamesa Deana, ale wówczas musiałby zgładzić jej męża. I nie miał pewności, którego z nich by wybrała, bo nawet diabeł nie zrozumie kobiety. Wolał zdobyć jej względy sposobem mniej krwawym. Wielu jego pobratymców ulegało pokusie wcielania się w pięknych mężczyzn, a później cierpieli katusze kobiecych dąsów, szczebiotów i odtrącenia. Wcielenie w kota było znacznie pewniejsze.
Kobieta ostrożnie zbliżyła się do dziwnie zachowującego się kota i czule do niego przemówiła. Zwierzę nagle złagodniało, jak gdyby nigdy nic zbliżyło się do niej i zaczęło łasić, domagając się pieszczot. Kobieta wzięła kota na ręce, po czym usadowiła się na poprzednim miejscu przy piecu, kładąc sobie pupila na kolanach. Pod dotykiem jej dłoni diabeł wyginał się i prężył, wydając z siebie rozkoszne kocie mruczando. Wiedział, że to szczęście nie potrwa długo. Przeminie jak błysk światła, bo czymże jest życie kota czy też człowieka w porównaniu z nieśmiertelnością diabła? Jednak dobre i to w bezmiarze nudnej nieśmiertelności. Nagle kobieta zesztywniała, porwała dłonie od jego sierści i krzyknęła:
-Skąd ty masz tyle pcheł?! Muszę cię wykąpać! Zaraz zagrzeję wody.
Diabeł zadrżał. ,,A jeśli to będzie woda święcona?” ( cdn)

wtorek, 16 grudnia 2014

Leśny diabeł część 3



Lilian Gish - London, 1926.




Tego dnia, w samym środku zimy  leśny diabeł poczuł w kościach wiosnę, która dawała o sobie znać na koniuszku ogona, pod kępką czarnych włosów. Gwoli ścisłości wiosnę najpierw poczuły jego pchły, które nie wiedzieć po co obudziły się z zimowego snu i urządzały w jego czuprynie harce. Kąsały przy tym swojego żywiciela tak niemiłosiernie, że diabeł ruszył z kopyta w stronę leśnego jeziorka. Z rozpędu wskoczył do lodowatej wody i zanurzył się w niej z głową. Liczył na to, tym chytrym sposobem uda mu się potopić utrapione insekty. One jednak zwietrzyły podstęp i zostały na brzegu, zanosząc się ze śmiechu. Poczekały spokojnie aż diabeł wyjdzie z wody i ze zdwojoną siłą objęły w posiadanie swoje królestwo.
Ociekając wodą i drapiąc się za uszami, diabeł ruszył w stronę ludzkich siedzib. Nie wiedział jednak, że miasteczko dopiero wyłania się z nieistnienia. Ba! Nie tylko miasteczko, ale nawet wiodąca w jego kierunku droga była jedynie pomysłem literackim Emmy, która coraz szybciej stukała w klawiaturę, aby zdążyć jego szlak napisać i na czas rozwinąć przed idącym  diabłem. Jak fotograf rozwija rolkę czarno - białego polaroidu, tak ona rozwijała przed diabłem drogę. 
Pisz, Emmo, pisz! W przeciwnym wypadku opowieść utknie w martwym punkcie. Zawiśnie nad przepaścią milczenia, rozpłynie się w nicości jak grudniowa mgła nad polaną o świcie…

Ale Emma przestała pisać. Usłyszała milknący tupot drobniutkich mysich nóżek na drewnianej podłodze kuchni. To był znak, że słowa się rozbiegły zabierając Ciąg Dalszy. Wyjrzała przez okno. Kim ona właściwie jest w kontekście tekstu? Autorką czy trzecioplanową postacią? Kto tutaj jest kim? Jeśli ona jest autorką, to rozdaje karty, a w takim razie powinna je potasować, obmyślić reguły gry i zdecydować czyj ruch. Kim jest Emma w dramacie, jaki pisze dla niej Wielki Scenarzysta? Tego dnia po źle przespanej nocy czuła się jak znak interpunkcyjny. Zaledwie jakiś przecinek lub pauza. Należałoby się zbuntować i domagać jakiejś poważniejszej roli. Tylko czy warto brać diabła za rogi? W dodatku takiego, który ma pchły?? Nagle poczuła wielką ochotę, żeby napić się mleka. Podeszła do kredensu, wyjęła miseczkę i napełniła ją mlekiem. Później zanurzyła w nim usta i zaczęła pić maleńkimi łyczkami. ,,Co się ze mną dzieje??" - pomyślała w trakcie tej czynności przerażona, ocierając wierzchem dłoni usta. Miska potoczyła się po podłodze i narobiła przykrego hałasu. Emma jednak szybko wzięła się w garść. Postanowiła omijać wszystkie lustra z obawy, że zobaczy w nich czarne wąsy... Nie czas na to, aby płakać nad rozlanym mlekiem. Diabeł się obudził i wyszedł z dziupli. Trzeba z nim coś zrobić. Znów zaczęła stukać w klawiaturę... ( Się wymyśla co dalej )

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Leśny diabeł cz. 2.

gosia janik


Pędzel kosmicznego malarza zaczął nakładać coraz jaśniejsze odcienie mroku na czarne płótno nocy. Powoli z tła wyłaniała się leśna polana, na niej stary dąb z wielką dziuplą. Zimna mgła unosiła się coraz wyżej nad lasem. W pewnej chwili w pniu drzewa coś zachrobotało, zaszeleściło i dąb wydał ze spróchniałych trzewi głuchy odgłos. Ruda sarna stojąca na polanie czujnie zastrzygła  uszami,  po jej grzbiecie przemknął nerwowy dreszcz. Gotowa do ucieczki wielkimi, wilgotnymi oczami spojrzała w stronę drzewa, jednak uspokoiła się, gdyż wszystko  ucichło. Czy to jednak była sarna czy tylko oderwany od zwierzęcia, spacerujący po lesie, zabłąkany cień sarny? Nie wiem, nadal nic nie wiem. Przecieram oczy, ale słabo widać we mgle…Słowa dopiero wyłaniają się z wilgotnego mroku jak uśpiony nocą las.
Diabeł jeszcze nie wyszedł z dziupli. Wciąż tonął w oparach niedomówień razem z domniemaną sarną. Nie miał jeszcze własnej opowieści, nikt go do tej pory nie napisał. Diabeł był zaledwie ziarenkiem, anemicznym zalążkiem narracji, która rozłazi się w szwach jak zbutwiały worek i tapla w grzęzawisku domysłów. Razem z diabłem w poczekalni do napisania cierpliwie czekała kobieta o rozłożystych biodrach. Powinna teraz siedzieć w domu na skraju miasteczka, opierając się plecami o kaflowy piec. Powinna trzymać na kolanach czarnego kota i mruczeć razem z nim dziwne zaklęcia.
Kot w pewnej chwili powinien poruszyć wąsami i poczuć skradające się słowa. Tak, tak, już je zwietrzył! Pachniały jak tłuściutkie, dobrze wypasione myszy. Przeciągając się z lubością, wciągnął w nozdrza tę najpiękniejszą na świecie woń, która każdego kociego piecucha jest w stanie poderwać na cztery łapy i wygonić z ciepłego domu na polowanie.
Kim właściwie była zatopiona w ciszy czekania kobieta?

A kim był kot, skoro poszedł polować na słowa??

sobota, 13 grudnia 2014

Leśny diabeł cz. 1

Willy Ronis


Na ziemię opadał mrok. Kontury drzew stawały się coraz bardziej rozmyte, rozmazane. Świat był coraz mniej wyraźny, cofał się na drugi plan, chował się za kurtyną nadchodzącej nocy. Ubywało kolorów, ostatnią jaśniejszą plamą w tym pejzażu była złota łuna zachodzącego słońca widoczna za brzozowym zagajnikiem.  Drzewa cierpliwie trwały na tych miejscach, na których przyszło im rosnąć. Gdzieś w oddali odezwał się ptak, jednak szybko zamilkł, bo odpowiedziała mu martwa cisza zakłócana tylko szelestem liści pod moimi nogami. Las dyszał wilgocią o zapachu mchu i gnijących liści. Bohaterowie opowiadania pogubili swoje imiona i tożsamości, rozpłynęli się wśród drzew, nie zostawiwszy po sobie nawet jednego zdania. Z dziupli wielkiego dębu wyjrzał leśny diabeł, przetarł oczy i nerwowo podrapał się w kudłaty łeb. Od jakiegoś czasu coraz bardziej dokuczały mu pchły. Rozejrzał się po polanie i upewniwszy się, że nie ma kogo straszyć, naciągnął dziurawą kapotę na rogi, mlasnął jęzorem i zasnął. Nocą przyszedł do niego niespokojny sen o gospodyni z małego miasteczka, posiadaczce czarnego kota, która w tajemnicy przed mężem wynosiła mu na dwór gorące mleko i okłady z rumianku na owrzodziałe kopyto.

niedziela, 7 grudnia 2014

L jak lęk lub lot



Nicholas Bell


Ogranicza pole widzenia, zawęża świadomość, która koncentruje się tylko na przyczynie lęku lub nawet nie tyle na niej, a na samym lęku, bo przyczynę czasem ciężko uchwycić, rozpoznać i nazwać. Wówczas człowiek zamienia się w kreta. Grzebie łapkami, przedziera się po omacku przez oporną przestrzeń i brnie ciasnym korytarzem przez życie. Od czasu do czasu wystawia głowę na powierzchnię, poznaje nowych ludzi, maluje obrazy, idzie ze znajomymi do knajpy lub zapisuje się do klubu dyskusyjnego, ale oślepiony światłem szybko czmycha pod ziemię. Zostawia na trawniku kopiec. To jego wołanie: znajdźcie mnie, tędy można do mnie trafić, hop hop! Jednak gdy ktoś zbyt raptownie próbuje zajrzeć do jego podziemnego królestwa lub chce go wyciągnąć na słońce, prycha i wystawia śmieszne ząbki. Nie jest mu dobrze pod ziemią, ale kret nie jest przystosowany do życia na łące i podziwiania kwiatów.  On woli wąchać korzonki, bo ich zapach już zna. Ciasny korytarz lęku nie ma dla niego tajemnic, a trawnik ma ich wiele. 
Albo inne porównanie: człowiek owładnięty lękiem jest jak górnik z latarką na czole. Wąski strumień świadomości to pasmo światła zogniskowane na jednym punkcie, a  z jednej i drugiej strony twarda, zimna ciemność, która na niego napiera. Nic to. Trzeba iść…
A gdyby tak wyregulować guziczek latarki tak, aby światło świadomości rozchodziło się na boki? Może tam, gdzie górnik widzi tylko twardą ścianę, rosną drzewa i śpiewają ptaki? Może tam jest przestrzeń i otwarty horyzont? Może są jeziora o szmaragdowych wodach, nad którymi kumkają żaby? 
Rozgarniasz łapkami mrok i myślisz: gdzie jest ten guziczek? Gdzie on jest?? 
Wreszcie go znajdujesz, przyciskasz i i ciepłe światło rozpływa się dokoła. Robi się jasno aż po horyzont. Przypominasz sobie, że oprócz krecich łapek masz także skrzydła. Rozprostowujesz je, bo zdrętwiały pod ziemią i lecisz, lecisz nad szmaragdową taflą spokojnej wody. I obejmujesz spojrzeniem całe to piękno...

sobota, 29 listopada 2014

M jak można

Nicholas Bell


Można traktować życie jak materiał literacki. Zbudować magazyn pomysłów na nowe teksty. W pudełku na tyłach głowy mieć szufladki, schowki, przegródki, foldery. W jednym miejscu trzymać przydatne przy pisaniu wierszy metafory, w innym  historie, które się rozwinie w prozie, gdy już dojrzeją. Można  spijać nektar, zanosić pyłek z kwiatów do ula, trawić, upychać w plastrze wosku i produkować miodzik. Można mieć z tego mnóstwo frajdy i ja ją mam od chwili, gdy odkryłam tę słodycz.
A można zrobić inaczej: doznawać bez intencji gromadzenia. Płynąć z nurtem drobnych zdarzeń z wyłączonym czujnikiem przydatności pisarskiej. Ten sposób świadomego odbierania rzeczywistości bez chęci budowania z niej literackich domków z kart dopiero poznaję. Na pewno to umiałam będąc dzieckiem. Teraz znów dziecinnieję. Przecieram oczy i dostrzegam ten sam stary, poczciwy świat na nowo. Zaczynam się w tym rozsmakowywać. Obserwować i po części rejestrować sam proces reagowania na rzeczywistość, która przestaje być tworzywem, a staje się ciepłą wodą niosącą moją łódkę w stronę nieznanego Oceanu…
Można kolekcjonować ludzi w klaserach jak znaczki pocztowe. Tu Błękitne Mauritiusy, a tam inne, odklejone z pocztówek od cioci z Kanady.
Można zostać ustrzelonym i jako trofeum myśliwskie zawisnąć na cudzej ścianie. Spoglądać na biesiadników pustym, szklanym okiem wypchanego ptaka.
Ale można też latać tam, gdzie nie docierają odgłosy polowania lub w bezpiecznej odległości przysiadać na gałęziach.

niedziela, 23 listopada 2014

T jak tunel

Wadim Jarkiewicz




Mam w głowie dwupoziomowy tunel dla myśli. Górny poziom dobrze oświetlony i oznakowany  jest otwarty w dzień, a nocą ruch wszelkich pojazdów  odbywa się poziomem podziemnym. Nie ma zakazu wjazdu. Nie ma ograniczenia prędkości, jest tylko pas szybkiego i wolnego ruchu.
Odkąd żyję nikt nie remontował nawierzchni, toteż są w niej dziury i koleiny. W jednym miejscu metalowa barierka jest wygięta, nosi ślady stłuczki: obita farba, wokół odpryski karoserii i szkło.
Większość samochodów, które tędy przejeżdżają, to klasa średnia. Stare, wysłużone Ople i Fiaty. Z rzadka przemknie sportowe Subaru, a czasem terenowy jeep ciągnący działko przeciwpancerne. Wówczas wszystko dudni. Bywa, że wówczas nocą nie mogę spać, bo obydwa poziomy działają równocześnie, co powoduje nieznośny hałas…Nie, działek nie lubię.
Jedne myśli są czyściutkie, prosto z automyjni, a inne zakurzone.
Właśnie nadjechał różowy Cadillac ze skórzaną tapicerką, zwolnił, w końcu się zatrzymał. Ktoś siedzący w środku zachęcająco uchylił drzwi w niemym geście zaproszenia… Już miałam wskoczyć i pomknąć w stronę pomarańczowej kuli zachodzącego słońca, ale usłyszałam uporczywy stukot. A cóż to u licha?! Wóz drabiniasty załadowany sianem. A gdyby się tak pod nim zakopać? W sianie musi być mięciutko i nie trzeba się niczym przejmować.
Zaraz, zaraz… Przecież jestem tylko tunelem. Tunele nie jeżdżą. Tunele tylko są.

Wio, koniku, wio...

piątek, 14 listopada 2014

K jak kreseczka





Jakie dziwaczne to rozdarcie. Jaka sprzeczność. Chorobliwa dwubiegunowość. Z jednej strony kult indywidualizmu i wszelkiej dziwności, a z drugiej podsuwanie pod nos produktu z kodem paskowym, towaru wytwarzanego w milionach sztuk na całym świecie, ogólnodostępnego, wszechobecnego, modnego. Pogoń za sensacją - bo sensacja się dobrze sprzedaje -  wywołała modę na inność, a to przecież sprzeczność sama w sobie, bo jeśli coś jest modne, to jest popularne czyli dotyczy wielu. A skoro coś dotyczy wielu, to przestaje być inne, staje się takie samo. Mamy być niepowtarzalni, ale nosić takie same ciuchy. Oryginalni, ale jeżdżący takimi samymi modelami samochodów. Wyróżniający się z szarej masy, ale wszyscy jak jeden mąż ( i żona) jedzący w KFC. Ogólna neuroza i paranoja, która u niektórych daje efekt Lady Gagi lub człowieka tatuującego sobie twarz na jednolity fiolet. Przez monitor defiluje korowód dziwolągów, w którym subtelne różnice nie istnieją, bo jeśli coś nie bije po oczach, to jest  we wrzaskliwej estetyce niewidoczne. Jeśli mówi szeptem, to nikt nie słyszy. W mediach nie ma miejsca na niuans, detal, odcień. Za to jest miejsce na Lady Gagę i ostry fiolet na twarzy.
Wychodzę na ulicę, idę wśród transparentnych ludzi.Tutaj wszyscy jesteśmy tacy podobni! Poprawiam na ramieniu torebkę H&M Niegrzecznej Dziewczynki, dopinam pod szyją płaszczyk Zary i dokoła widzę milion identycznych płaszczyków, torebek... Zatrzymuję się przed witryną Sephory i zastanawiam, czy jeszcze jestem człowiekiem, czy już tylko targetem? A może produktem? W komunizmie ustrój polityczny obciosywał ludzi, przycinał to, co wystawało i wpychał w identyczne uniformy, a teraz robią to koncerny i spece od marketingu. Oni wiedzą lepiej, co mamy jeść, co czytać. Produktem jest nawet filozofia, idea, myśl, bo wokół niej może urosnąć cały przemysł. Vide minimalizm, który miał być odejściem od konsumpcjonizmu, tymczasem stał się kolejnym modnym trendem, chwytem marketingowym, bo przedmioty z etykietką ,,minimalistyczne” świetnie się sprzedają. Ktoś je kupuje i myśli, że już jest minimalistą.
Idę przez centrum handlowe, mijam kolejne drzwi i przypominam sobie, że jest coś, co nas różni, choć wcale nie tak trudno o tym zapomnieć. Na szczęście zadbała o to Matka Natura. Przyroda nie zna duplikatów. Kopiuj/wklej to sztuczny twór. Jako byt nie jestem osobna, a mimo to niepowtarzalna.  Unikatowość dostałam w pakiecie startowym. Nie muszę szukać nowej formy - już ją mam. Jedna kreseczka w kodzie paskowym u każdego zawsze będzie lekko falista inaczej. Niby nic rzucającego się w oczy, ale wystarczy się wsłuchać, wyciszyć jazgot. Nikt jak ja nie kocha, nikt tak samo nie marszczy nosa, nikt nie popełnił moich błędów ani nie przeżył moich wzlotów i upadków. Zawsze jest jedna falista kreseczka szyta na miarę. I to mi całkowicie wystarcza.  Niuans, detal, odcień.

Źródło zdjęcia

poniedziałek, 10 listopada 2014

D jak demo





To wszystko przypomina wielki szklany bęben maszyny losującej. W jego wnętrzu mnóstwo gumowych piłeczek. Każda ma swój PESEL, NIP, PIN, nick, profil, kod genetyczny… Każda stanowi osobny świat wprawiony w ruch niewidzialną ręką Mistrza Ceremonii, żeby nie powiedzieć krupiera. Każda piłeczka kręci się wokół własnej osi,  równocześnie orbitując wokół innych. Każda ma swoich satelitów, którzy wokół niej zataczają kręgi, rysują elipsy… Co jakiś czas nasze piłeczki się zderzają i wówczas powstaje energia. Nabijamy sobie guzy, wytrącamy z orbity zmieniając własną i cudzą trajektorię lotu albo wyzwalamy coś pozytywnego, co się rozwija, przeobraża, zmienia wraz z nami. Zdarza się, że ryzykujemy i wychodzimy ze szklanego bębna do rzeczywistości, a tam w żyłach płynie krew zamiast tuszu od drukarki. Tam dotyk jest ciepły, liście szeleszczą pod nogami nawet wówczas, gdy nie mamy w uszach słuchawek. Bo tam, poza bębnem liście nie są z pikseli.  Tam śmiech jest może mniej perlisty, za to nie jest tylko plikiem dźwiękowym, swobodnie wibruje w powietrzu, zaraża, wywołuje radość. Tam widać piegi i zmarszczki, bo nie działa fotoshop. Są tylko oczy patrzącego. A każde oczy widzą to, co chcą widzieć. Zamykają się wówczas, gdy wolimy ten wizerunek drugiego człowieka, jaki namalowaliśmy pod powiekami, do którego się zdążyliśmy przywiązać i którego nie chcemy zmieniać. Bo taki piękny. Tak się dobrze komponuje z naszym zapotrzebowaniem...

Jednak najczęściej pozostajemy w wersji demo. Nie sposób dotknąć każdej piłeczki, zwłaszcza że nigdy nie wiadomo czy będzie to szczęśliwy numerek, czy pechowa trzynastka. A więc chowamy się za szkłem i krążymy, wirujemy, orbitujemy. Od losowania do losowania. Od zderzenia do zderzenia… Tak to się kręci.

środa, 5 listopada 2014

F jak forma

S. Ban


No właśnie, Dalio. :)
To jest chyba tak, że pewnych konstrukcji myślowych używamy jakiś czas, one nam organizują sposób postrzegania świata i reagowania na jego wyzwania, a później je porzucamy jak wąż starą skórę. To wcale nie oznacza, że świat się zmienił. To my potrzebujemy nowej powłoki, bo stara już nie spełnia swojego zadania. I wówczas zaczyna się wylinka. Zaczyna się szukanie nowego pokrowca, badanie jego pojemności. Czy aby nie za ciasny? Czy dobrze leży? Czy twarzowy i prosty w użyciu? Czy odpowiedni na nasz instrument? Przecież w czymś trzeba pomieścić Się. Nadać sobie jakąś formę, która nie pozwoli, aby treść wyciekła. Najlepiej mają ci, na których pasują gotowce. Ktoś taki wchodzi do hipermarketu z ideami, bierze wózek,  jedzie między półkami i ogląda. A ile tam towaru! Na jednym regale religie - do wyboru, do koloru. Na drugim teorie społeczne i filozofia, na trzecim psychologia z psychiatrią dyskretnie schowaną za innym, bardziej chodliwym towarem…Komunizm w połyskliwym czerwonym papierku. Chrześcijaństwo w niebieskim. O, a tam, w tym czarnym pudełku ze swastyką faszyzm ( ktoś go jeszcze kupuje??)  Dalej cała seria zielonych kartonów - to ruchy ekologiczne. Minimalizm bez opakowania, za to celebrytyzm owinięty w wymyślną kolorową bibułkę z kokardką. A wszystko ślicznie posypane cukrem pudrem dobrobytu lub życia wiecznego. Ech, tylko wybierać…!
Krążę między tymi półkami i krążę, a końca nie widać, bo od zaplecza podjeżdżają dostawcy i nowy towar trafia na półki.
Co jakiś czas wchodzę do przymierzalni z jakąś teorią przecudnej urody i co? Nic. Nie mogę trafić na mój rozmiar. A to rękawy za krótkie, a to nogawki za długie, albo całość zbyt luksusowa i nie na moją kieszeń. Przed chwilą z kabiny obok wyszedł ktoś ubrany w sukces. Leżał na nim jak ulał. Przymierzyłam i ja, ale miał tak sztywny kołnierzyk, że nie dało rady.

Co robić z treścią bez formy? Hm… chyba tylko poczekać, aż się z wierzchu skrystalizuje i okrzepnie - za jakiś czas. Na jakiś czas. Do następnej wylinki. A jak już się ustali - NIE naklejać etykietki.

piątek, 31 października 2014

sobota, 25 października 2014

A jak Ameryka



Już wiem, jaki popełniałam błąd! Zaczęłam budować swoje ,,ja" wokół pisania. Zaczęłam się z tym utożsamiać. Skoro już mi się udało napisać pierwszy tekst, pierwszy wiersz,  rzuciłam się w to bez zastanowienia, bez autorefleksji, bez dystansu i czujności. Z czasem intuicyjnie zaczynałam czuć, że coś mi zgrzyta. Że buduję jakąś pustą formę. No ale jak to pustą, przecież piszę sobą, swoim życiem, tym, co mnie najmocniej dotyczy. Z samych trzewi, z najdalszych zakamarków serca, głowy... Zero fałszu, nieszczerości, pozy. To jak może być puste? Nie mogłam się w tym rozeznać.
Wreszcie jabłko Einsteina pacnęło mnie w głowę i uświadomiło mi, że w zwojach mózgowych mam robaka, który ucieka, sprytny taki...! Ale już go mam, już wiem: to co do tej pory napisałam było pełne mnie, ale pustotą było budowanie na pisaniu własnego ,,ja".Nie mogę się utożsamiać z pisaniem. Jeśli pisaniem próbuję karmić tego żarłocznego potwora jakim jest ego, tego robaka, który drąży korytarze donikąd, wówczas daję mu na pożarcie prawdziwą siebie. A inaczej: pisanie mające na calu ( nieświadomym celu!) budowanie własnego ,,ja" jest wyniszczające. Taki wiersz ma krótkie nogi. Taki tekst jest okradaniem samej siebie, grabieniem własnych kopalni dla celów mało szlachetnych. Nawet jeśli dla odbiorcy będzie olśniewający, dla mnie będzie porażką, tylko kolejną kłodą na drodze do prawdziwej siebie. I stąd to poczucie rozmijania się z sobą, bo niby piszę ze środka, z dna, a tu dalej nie ja, nie tak. Własnego życia używam jak atramentu, a tu dalej nie to, dalej zgrzyta i odbiera zamiast dopełniać. I stąd ta narastająca od jakichś dwóch lat niechęć do poezji, do aktu twórczego zwłaszcza. W którymś momencie podskórnie poczułam, że pisanie jest dla mnie źródłem zagrożenia. I miałam rację. Było, bo z czasem zaczęło mi odbierać spokój ducha i wewnętrzną harmonię, bez której nie potrafię żyć. A ten niepokój wprowadzała błędna intencja. Kiedyś wrócę do pisania, nawet teraz coś czasem skrobię, ale intencja ma dla mnie zasadnicze znaczenie. Intencja wszystko zmienia. Pisanie ma mnie wspierać i być źródłem radości, a nie sposobem na budowanie mentalnego avatara, który mnie z czasem zechce pożreć do ostatniego okruszka, do najdrobniejszej kosteczki. Nie muszę pisać, aby istnieć, bo jestem bytem niezależnym od tego, co robię. Jestem gdzieś indziej. Nie w słowach. Nie na papierze. Nie między wersami. Po prostu jestem. I kropka. Jestem sobie małym istnieniem, strzępkiem materii ożywionej na morzu znacznie większym ode mnie. Zasilam Ocean tą odrobiną energii, jaka została mi dana wraz z przyjściem na świat. Jakie to proste. Jakie oczywiste. Ale gdy się jest w ferworze poszukiwania Znaczeń i tropienia Długopiórych Ptaków, gdy się ma w głowie Niegrzeczną Dziewczynkę, która wierzga, pokazuje język jak Einstein, kręci młynka torebką H&M i wyrywa się na spotkanie Nowej Przygody, wówczas z pola widzenia znikają oczywistości. Musi spaść jabłko i nabić guza. Jest jeden warunek: najpierw musi dojrzeć. Kwaśne nie spadają.
Siedzę, stukam w klawiaturę i kiwam z politowaniem głową nad tym równaniem, w którym ,,ja" nie jest równe Ja, kiwam głową nad Ameryką odkrytą spod papierka i zastanawiam się, jakie to ma znacznie dla losów Ziemi? Żadnego. Czy ktoś to oprócz mnie zrozumie? Nie wiem. Ale tym żyję. Nad tym dumam, o ile mam czas na nurkowanie we własnych przestrzeniach. To mam w głowie, z której wyszedł robak. Juhu! Jestem wolna! Nie łudzę się, że robak już nigdy nie wróci, ale myślę, że traci apetyt na mnie, gdy go obserwuję.


niedziela, 19 października 2014

P jak pogrzeb





Przez całe życie doświadczamy różnego rodzaju przykrości, które sprawiają nam ból. Czasem to wielkie tragedie, które zostawiają głębokie rany, a czasem drobne draśnięcia, skaleczenia, otarcia... To wszystko osadza się w psychice w postaci negatywnej energii, którą Eckhard Tolle nazywa ciałem bolesnym. Muszę przyznać, że w czytanie tego fragmentu przyprawiło mnie o emocjonalne dreszcze:
,,Niektóre ciała bolesne są nieznośne, ale stosunkowo mało szkodliwe - trochę jak rozkapryszone dziecko. Zdarzają się jednak złośliwe, niszczycielskie potwory, istne demony. Część z nich posługuje się przemocą fizyczną, ale znacznie liczniejsze uciekają się do przemocy w sferze emocjonalnej. Jedne napastować będą ludzi z najbliższego otoczenia, a inne zaatakują ciebie - swojego żywiciela.(...)
Czasem wydaje ci się, że kogoś dobrze znasz i nagle stajesz oko w oko z tym obcym, wstrętnym stworem. Ważniejsze jest jednak obserwowanie własnego ciała bolesnego, aniżeli cudzych. Zauważaj w sobie wszelkie przejawy niezadowolenia: irytację, zniecierpliwienie, zasępienie, chęć czynienia krzywdy gniew, przygnębienie, pragnienie, aby w twoim związku pojawiła się nuta dramatu. Mogą one oznaczać, że ciało bolesne próbuje zbudzić się z uśpienia. Jeśli rzeczywiście się zbudzi, natychmiast je na tym przyłap. Ciało bolesne walczy o przetrwanie - tak jak każdy byt. Przetrwać zdoła tylko pod warunkiem, że skłoni cię, abyś bezwiednie z nim się utożsamił. Może wtedy wychynąć z ukrycia, przejąć władzę, niejako stać się tobą i za twoim pośrednictwem żyć. Potrzebuje ciebie jako narzędzia zdobywania pokarmu. Będzie się żywiło każdym doznaniem, które wibruje pokrewną mu energią czyli wszystkim, co rodzi nowy ból pod jakąkolwiek postacią: niechęci, gniewu, skłonności niszczycielskich, nienawiści, rozpaczy, dramatycznych emocji, a nawet choroby. Gdy więc ciało bolesne tobą zawładnie, stworzy ci sytuację, która odbije ku niemu energię nastrojoną na taką samą częstotliwość, żeby mogło się nią karmić. Ból może się żywić tylko bólem. Nie może się żywić radością. Po prostu jej nie trawi. Z chwilą gdy ciało bolesne przejmie władzę nad tobą, twój apetyt na ból wzrośnie. Staniesz się ofiara lub oprawcą. Zechcesz zadawać cierpienie albo cierpieć - jedno od drugiego niewiele się różni. Oczywiście nie jesteś tego świadom i będziesz twierdził z zapałem, że wcale bólu nie pragniesz. Ale jeśli uważniej się przyjrzysz, zobaczysz, że twoje myślenie i zachowanie podporządkowane są temu, aby ból nie ustawał - zarówno twój własny jak i cudzy. Gdybyś był tego świadom, cały tan schemat by się rozsypał, bo trzeba być obłąkanym, żeby pragnąć bólu, a nikt nie jest obłąkany świadomie.
Ciało bolesne - mroczny cień ego…” ( ,,Potęga teraźniejszości")

Wczoraj w wyobraźni urządziłam pogrzeb mojemu ciału bolesnemu. Owinęłam je w bandaże i z należnym szacunkiem zaniosłam do grobowca mającego postać piramidy. Wyszłam z tych katakumb, zamurowałam wejście, postawiłam na straży Cerbera, a później poszłam grabić liście. Cały czas wystawiłam twarz do słońca
Co jest teraz? Zmęczenie - jak to po pogrzebie ( i grabieniu). Jest też lekkość - jak to po pozbyciu się niechcianego bagażu.
A co będzie w miejscu ciała, spoczywającego w sarkofagu? Nie wiem. Jak znam życie, zacznie rosnąć nowe ciało, ale może już mniej bolesne, mniej samowolne, bo świadome tego, że znów zostanie pochowane.

Polly, ogromnie Ci dziękuję, bo dzięki Tobie mogłam odprawić ten rytuał. To pierwszy pogrzeb, z którego się cieszę. :))


Źródło zdjęcia

czwartek, 16 października 2014

Być albo nie być. O! To jest pytanie.

,,Tak chciałabym, tak umiałabym
powiewną być niby dym.
Królewną być, złote kwiatki rwać,
i trenować nowe miny, i przed lustrem stać.
Tak bym chciała damą być,
ach, damą być, ach, damą być
l na wyspach bananowych
dyrdymały śnić..." 


Bertha Benz i jej dwaj synowie,  05 sierpnia 1888.

wtorek, 7 października 2014

K jak klatka


fot. Anna Wołoch

A jak ale

Życie samo w sobie nie boli. Ono po prostu jest poprzez różne formy. Jedną z form jest istota pisząca te słowa. To mój umysł robi z prostego faktu istnienia nierozwiązywalny problem. Mózg to perpetuum mobile, które funduje mi wieczną zabawę w piekło - niebo, falowanie i spadanie. A ja na karuzeli i huśtawce dostaję mdłości. Bo po co mi te skrajności, skoro wystarczy być? Ale na Niższym Poziomie czyli na poziomie doznań.  A ostatnio taka wpadka! Dałam się omotać idiotycznym plotkom i kompletnie straciłam dystans. Ale dobrze mi tak, to lekcja pokory. Na szczęście w miarę szybko udało mi się z tego wyjść.
Powinnam ograniczyć myślenie na rzecz doznawania. To wymaga ciągłej czujności i obserwowania Się. Ale nic na siłę. 

K jak klatka

O co chodzi z tą tożsamością? Wszyscy o nią toczą boje, zarówno jednostki jak całe narody. A ja myślę, że tożsamość wcale nie jest taka dobra. Ona ogranicza, bo jest pochodną tożsamości zbiorowej. Jest wypadkową jakiegoś kodu kulturowego, który dostałam na wejściu, a nie samorodnym tworem. Moja tożsamość nie została wymyślona przeze mnie. Zostałam w niej osadzona przez genetyczną ruletkę. Jestem tylko jabłkiem na drzewie genealogicznym gatunku, rasy, grupy społecznej, rodziny... Mapa wyznacza moje terytorium. Tło rysuje kontur detalu. W pudełku na tyłach głowy przechowuję Zapis. Moje życie płynie tymi koleinami, które przede mną zrobili inni. 
Tożsamość to w gruncie rzeczy klatka. Może i sprawia, że wewnętrzna treść nie wycieka, nie rozpływa się i zyskuje jakąś organizację a dzięki niej możliwość funkcjonowania w grupie, ale jednak są pręty. Jest stelaż i kaganiec wypracowany przez drzewo genealogiczne. Czy można być jabłkiem na drzewku pomarańczy? Raczej nie. 
Na szczęście w tej klatce są pręty, które można rozgiąć, można wymknąć Się w świat drobiazgu, pikseli, planktonu. W świat rzeczy małych i niepozornych. Żywić Się okruchami i nie cierpieć. W krainie drobiazgu struktury wydają się mniej bezwzględne, a zejście z wydeptanej ścieżki, wypadnięcie z kolein nie grozi wykluczeniem, bo ścieżek w świecie drobiazgu nie ma. Jest plaża z całym mnóstwem piasku do przesypywania, a każde ziarenko jest inne... Byle nie ulec pokusie budowania zamków na piasku. Ile takich budowli rozwiał wiatr?


niedziela, 5 października 2014

Mądrość dnia

Idę za Markiem Aureliuszem jak ten dzieciak za mamą:

,,Jak wielki spokój zyskuje ten, kto nie baczy na to, co bliźni mówi, czyni lub myśli, ale tylko, co sam robi (...). Dobry bowiem człowiek nie powinien zwracać uwagi na błędy innych, lecz sam iść drogą prostą, bez zboczeń."


Dorothea Lange


piątek, 3 października 2014

Pudelek.pl



Od jakichś dwóch tygodni u mnie w pracy krążyła ploteczka, że Iksiński( 40 l. ) się rozwodzi. Nikt w to nie wierzył, bo małżeństwo Iksińskich, ogólnie lubiane i bardzo udane, nie sprawiało wrażenia skłóconego. Puściłam to mimo uszu, mając czarno na białym, że między nimi wszystko gra. Nadal gruchają, mają nadal w spojrzeniach to coś. Ale po jakimś czasie rozeszła się druga wiadomość, że przyczyną planowanego rozwodu jest wielce atrakcyjna koleżanka Agata ( 29 l. ), a powodem zwłoki to, że Iksiński obawia się, jak jego decyzję przyjmie żona. I wtedy zaczęło się wymienianie dwuznacznych uśmieszków nad głowami państwa Iksińskich, przeciągłe, ironiczne spojrzenia rzucane w kierunku Agaty( 29 l.)...W pełnej krasie objawił swoją moc rażenia cały ten arsenał środków, jakim zwykle ludzie dają do zrozumienia, że wiedzą, co w trawie piszczy, ale wolą milczeć. Czyżby coś wisiało w powietrzu? Bomba wybuchła w chwili, gdy Iksiński ( 40 l.) w stanie przedzawałowym zrobił nam karczemną awanturę, że chcemy mu zniszczyć życie, że był naiwny sądząc, iż pracuje wśród ludzi życzliwych. Nie, na prawdziwą przyjaźń w pracy to on już od dana nie liczy, ale na jakieś minimum uczciwości...! Trzasnął drzwiami i poszedł. Aha! Jeszcze rzucił, że zaczyna szukać pracy na budowie, bo ma dość tego g...na. A my zostaliśmy. Trzaśnięci.
Wówczas już wszyscy, bez niedomówień zaczęli roztrząsać, dywagować, snuć domysły, kojarzyć fakty... Bo rzeczywiście Iksiński od poniedziałku był jakiś podenerwowany, boczył się... W końcu coś w tym musi być. Przecież w każdej plotce jest ziarnko prawdy...i dalejże w ten deseń.
Kolega Mariusz, nieoficjalny lider zespołu, w przebłysku psychologicznego geniuszu zadał sobie trochę trudu i każdemu z nas z osobna zadawał proste pytanie: kiedy i od kogo usłyszałeś o romansie Iksińskiego ( 40 l.) i Agaty ( 29 l.). Skutek tego śledztwa zmroził mi krew w żyłach: wszyscy dowiedzieliśmy się o tym od... Agaty ( 29 l.) Łącznie z Iksińskim ( 40  l.), który dostał od niej info, że zespół o nich plotkuje. Człowiek miał prawo być podenerwowany...
Chcąc się doszukać jakiejś logiki w tej historii, zapytałam naszego Sherlocka Holmesa:
- Ale po co ona obgaduje samą siebie??
 Spojrzał na mnie z politowaniem i powiedział:
- Dla większej liczby odsłon. Patrz Pudelek pl.
Ręce mi opadły. Torsje emocjonalne to bardzo eufemistyczne określenie tego, co poczułam i do tej pory czuję.
Jeśli ktoś podczas rozmowy z Wami zapyta: ,,słyszałeś już tę ohydną plotkę na temat mojego romansu?", to wiedzcie, że trzyma kubeł pomyj i ma zamiar na Was chlusnąć. Wówczas powiedzcie: ,,nie i wolę nie słyszeć". A później w nogi, w dowolnym kierunku, byle dalej! Byle szybko! Bo ktoś taki jak Agata (29 l.) jest zwinny i potrafi odciąć drogę ucieczki.


,,Podstawowym błędem jest podawanie teorii, zanim uzyska się dane. Niepostrzeżenie zaczyna się dostosowywać fakty, by zgadzały się z teoriami, zamiast próbować stworzyć teorię, która byłaby zgodna z faktami." (Sherlock Holmes)


Ps 1. Nikt nie wie, czy pani Iksińska wie. Mam nadzieję, że zostanie jej oszczędzone...
Ps 2. Ja chcę do kur! 

wtorek, 30 września 2014

M jak Misiek

Elena Shumilowa
J jak Jubilat
Dostałam od gospodarza stary, strasznie zardzewiały rower marki ,,Jubilat". Nie ma świateł ani ręcznego hamulca. Wracając do chałupy po pierwszej przejażdżce, wpadłam na płot, bo nie wiedziałam, że trzeba hamować nogą. Na szczęście płot się nie przewrócił, ja też. :))) Jeśli ten złom się zepsuje kilka kilometrów od domu, co wtedy zrobię? Wrócę na piechotę, a jeśli koło odleci - co bardzo możliwe - zostawię ,,rower" w rowie. Niech go szukają. O dziwo, jakoś się trzyma. Jeżdżę nim do wsi po zakupy. Jego przenikliwe skrzypienie to system alarmowy dla tutejszych: uwaga! obcy na horyzoncie! Chcąc nie chcąc przyciągam spojrzenia, bo słychać mnie z daleka.
Ludzie na wsi patrzą całkiem inaczej. Nie spuszczają wzroku, nie peszą się. Oni się przypatrują. Jest w tym przypatrywaniu jakaś masywność. Ciekawość i dystans. Jest ciężar worka z ziarnem. Jest wahanie: zaufać czy nie?
W mieście spojrzenia są całkiem inne. Ślizgają się po twarzy jak łyżwiarze po lodzie i gładko suną dalej. Nie ma w tym wahania, nie ma ciężaru, jest lekkość. Przechodnia trzeba zgrabnie ominąć i mknąć za własnymi sprawami. Ludzie we wsi taksują mnie wzrokiem, jakby kładli na szali. Szacują. Są czujni.
Co o mnie myślą? Jak wyglądam w ich oczach? Kim jestem? 

M jak Misiek
Jest psim weteranem. Ma 16 lat. Mały żółty kundelek, który całe życie spędził na łańcuchu przy budzie. Słabo widzi. Pilnuje kur i mnie. Kupuję mu kiełbasę w sklepie. Merda ogonem na mój widok, wcina ze smakiem wszystko, co mu daję. Miałam ochotę zdjąć mu obrożę, ale nie chcę się zachowywać jak przemądrzała turystka, która wprowadza swoje porządki. Chcę się wpasować w ten porządek. Życie tutaj toczy się według własnych reguł. Nie mam prawa ich zmieniać. Przecież po moim wyjeździe i tak Miśka przywiążą do budy.
Dzisiaj mniej słońca. Świat bardziej popielaty, z odcieniem sepii.
Biała kura przekrzywia głowę. Jednym okiem zagląda światu pod podszewkę, a drugim patrzy na obłoki leniwie dryfujące po niebie.
Co tam widzi, czego ja dostrzec nie potrafię?

K jak koszty
Siedzę na werandzie, umyłam włosy i suszę je na słońcu. Ruda wiewiórka skacze z gałęzi na gałąź, jej zwinne ciałko zakończone ruchliwym ogonkiem rysuje w powietrzu linię falistą. Zrywa orzechy w zielonych łupinkach, wygrzebuje w trawie pod gruszą dołek  i upuszcza do niego swój skarb. Nie zakopuje. Zostawia. Zapomina. 
Podczas jedzenia kaszy z mlekiem, po całym dniu na rowerze, uświadomiłam sobie, że koszty całodziennego wyżywienia tutaj wynoszą nie więcej 10 zł. Dwie kromki chleba z masłem i solą, szklanka kaszy, dwie szklanki mleka, torebka migdałów i kilka jabłek znalezionych pod dziką jabłonią na polach. Butelka mineralnej. Jeden obiad w przeciętnej restauracji to kilka dni pobytu tutaj. Tyle tylko, że tam ktoś inny za mnie pilnuje kaszy, żeby się nie przypaliła. Abstrahując od pieniędzy: jakie koszty płacimy za ten cały luksus, który nam wciska cywilizacja? Oddajemy spokój, równowagę wewnętrzną, umiejętność cieszenia się z drobiazgów, tanio jak barszcz sprzedajemy kontakt z własną naturą - a to są rzeczy bezcenne. To zabytki klasy 0. Cywilizacja mi wmawia, że powinnam pachnieć Armanim i pachnę Armanim. Dlaczego tak trudno się uwolnić od tego wszystkiego? 

M jak mogłam
A mogłam być w Paryżu! Nawet zrobiłam przedpłatę, na szczęście mi zwrócili pieniądze. Mogłam mieć fotki pod Wieżą Eiffla i chwalić się nimi w pracy. Mogłam poznać nowych ludzi, kręcić przed nimi towarzyskie piruety. Mogłam tańczyć, jak mi zagrają. Tym razem sama gram. Nie, nawet nie gram. To nie jest dobre słowo. Raczej stroję instrument.  Słucham własnej muzyki i próbuję się dostroić do szumu rzeki. Płynąć razem z nią, omijać tamy i zdradliwe wiry. Dobrze, że nie straciłam intuicji. Mam sporo szczęścia, bo nie potrafię kłamać samej sobie i to mi pokazuje kierunek.
Po co pozwalałam innym szarpać struny?  W końcu nie jestem niczyją własnością, tak jak nikt nie jest moją.  Tutaj spotkałam kogoś, kogo dawno nie widziałam : siebie. Paryż nie ucieknie.
A mogłam się z sobą rozminąć. Mogłam nadal żyć rozdwojona i rozproszona, gonić własny ogon.  Czy możliwe, aby rzeka rozwidlała się, długo płynęła dwoma korytami, a później znów łączyła w jeden nurt? 

wtorek, 23 września 2014

P jak pa pa

Elena Shumilova
U jak uważnie

Bardzo uważnie obserwuję swój umysł. Tropię ślady pamięciowe, wizje, emocje, archetypy, wydeptane ścieżki skojarzeniowe i nagłe, przypadkowe asocjacje... Te wszystkie narracje, wokół których buduję swój świat, nakładają się na siebie, zazębiają i przenikają. Nieustanny ruch. Jestem miejscem, w którym dokonują się ciągłe przemiany. Wcale nie odrębnym bytem, a miejscem. No właśnie! Czemu wcześniej na to nie wpadłam? Ktoś to na pewno przede mną wiedział. Ciekawe, czy był tym odkryciem podekscytowany tak samo jak ja. Chyba to miał na myśli Kępiński pisząc o metabolizmie informacyjnym i człowieku jako systemie otwartym. Niby prawda dawno znana, ale poczuć ją na własnej skórze to inna para kaloszy. Odkrywcza to ja nie jestem.

M jak metabolizm

A więc przemiana. Pierwiastki, których dostarczam organizmowi, zamieniają się w komórki mojego ciała, a informacje, które wymieniam z otoczeniem to cegiełki, z których zbudowane jest moje Wewnętrzne Miasto. Po drodze zawiły proces obróbki. Wypalanie cegieł i mieszanie zaprawy murarskiej. Tak czy owak przemiana. Bez kierunku, bez celu. A może ten cel jest gdzieś w tle, za kurtyną? Może jest, tylko mniej widoczny niż ten zmieniający się pierwszy plan? Tylko czy warto go szukać?

--- 

Co to właściwie jest? To, czego teraz doświadczam? Harmonia? Nie wiem. Jakiś rodzaj dopasowania do tego, co się wydarza. Mogę rejestrować te wszystkie drgnienia, zmiany temperatury i tonacji emocjonalnych tylko dlatego, że wydarzenia zredukowałam do niezbędnego minimum: jedzenie, sen, jazda na rowerze i weranda. Nikt do mnie nie mówi. Nikt nie domaga się, żebym ja coś powiedziała, żebym to lub tamto. Chwilo, trwaj... Króliczku, nie odchodź.

C jak ciało

Ależ ono mądre! Ciało wie wszystko, co trzeba. A tym, czego nie trzeba, nie zawraca sobie głowy. Samo z siebie potrafi odróżnić potrzebne od zbędnego. Wystarczy słuchać, dać się prowadzić, dostroić umysł do sygnałów, które ono wysyła. A my zwykle robimy wszystko, żeby nie słyszeć. Stawiamy wysoki mur między ciałem i duszą, jak nam wpoiło chrześcijaństwo. Rozdarcie człowieka na ciało i duszę to jeden z bardziej chybionych pomysłów ludzkości. Fatalne konsekwencje z tego wynikające są nie do ogarnięcia i jeszcze długo nie do odwrócenia. Jaki szatan mógł wpaść na to, że ciało jest złe? Ono tak naprawdę jest źródłem wiedzy i szczęścia. To nasze myśli mącą powierzchnię wody. Doznania są ok. To z myślami jest zwykle coś nie tak.

Jak to możliwe, że na dnie duszy znalazłam ciało? 

T jak tu i teraz

Przestałam w siebie pompować medialną papkę.
Przestałam stroić miny.
Przestałam się przejmować tym, czy inni mnie zaakceptują i polubią.
Przestaję rozdmuchiwać ego, ale to jest praca na całe życie.
Przestałam odczuwać ból istnienia i niepokój.
Przestałam zamulać umysł cudzymi sprawami zgodnie z zaleceniem Marka Aureliusza:

,,Nie marnuj pozostającej ci części życia na rozmyślania o innych, jeżeli nie ma to związku z jakąś sprawą użyteczności publicznej."

W pierwszej chwili to zdanie  wydało mi się nie do przyjęcia, ale ono jest tylko zachętą do wyzbycia się chorobliwej ciekawości dotyczącej życia innych - zwykle obcych - ludzi. Przecież wszelkie programy i portale o ,,prawdziwym" życiu celebrytów mają rekordową oglądalność. A po co poświęcać uwagę czyimś rozwodom i romansom? Po co cudze życie brać na przemiał i robić z niego pokarm? Marek Aureliusz ma rację.
Lepiej i przyjemniej płynąć z nurtem przemian, które rzeźbią pejzaż. Odciąć prąd w zwojach mózgowych i doznawać. Być tu i teraz. 

jak pa pa

Obudziły mnie wróble. Gdy tylko otworzyłam oczy, pojawiło się uczucie czystości. Takie piękne i takie zapomniane. Gdzie podziały się moje emocjonalne śmieci? Gdzie zwały niesegregowanych odpadów, którymi zapychałam dziury w czasie? W kurach jest coś niesamowitego. Ich grzebanie i skrzeczenie przybliża mnie do czegoś autentycznego, uspokaja. Wprawiają mnie w dziwny trans, podczas którego chłonę świat jak gąbka, odczuwam wszystkimi zmysłami bez zadawania pytań i szukania odpowiedzi. 
Pa pa, śmieci! Pochwalone bądźcie kury  - gdaczący świadkowie małych cudów. Wygląda na to, że jestem szczęśliwa. I po co podskakiwałam do gwiazdek z nieba i goniłam króliczka, skoro można było poczekać, aż sam przykica? 
Ciekawe z jakim uczuciem kiedyś przeczytam notatki z tych pensjonarskich wzruszeń.

Zblogowani

zBLOGowani.pl